Nie da się wszystkiego ogarnąć. Nie ma takiej psycho-fizycznej możliwości. Przedmioty niematuralne przegrywają z kretesem (a niejednokrotnie - walkowerem) konfrontację z przedmiotami maturalnymi, a w realistycznym uściśleniu - z historią. Historia to pyta jakich mało. Całość dziejów, rozsiana po rozmaitych podręcznikach, rozmaitych autorów i wydawnictw, absorbuje i wciąga, jak radosny pięciolatek ulubione kakałko przez słomkę. Wobec tego zjawiska nauka innych przedmiotów, takich jak matematyka, wok, czy im podobne - staje się niemożliwa, wprost nieprawdopodobna. Jednak, jako że zostały we mnie jeszcze jakieś resztki ambicji i przyzwoitości, niewiedza, którą emanuję na sprawdzianach z wyżej wymienionych przedmiotów, mierzi mnie i wprawia w stan ogłupienia i rezygnacji, porównywalny do stanu po spożyciu nadmiaru środków przeciwbólowych. O którym tylko słyszałem, gwoli ścisłości, ponieważ osobiście nie uznaję środków przeciwbólowych. No więc płynę przez życie bez trzymanki, bez pasów bezpieczeństwa (2 punkty karne, według Kodeksu Drogowego), bez pełnej świadomości. Straciłem kontrolę nad swoją egzystencją i, jak to szczwanie porównałem z rańca w szkole, toczę się przez nie, jak na podajniku taśmowym przy kasie w hipermarkecie, nie mając żadnego wpływu na to, co się ze mną dzieje. Mój okres świetności dawno już minął. Teraz tylko źle, gorzej i błoto.
Podobnie mają chyba również inni, z tego, co wnioskuję z dramatycznych rozmów z nimi prowadzonych. Życie zaczyna się po czterdziestce. Nie wiem skąd mi się to tutaj wzięło...
Życie towarzyskie zamiera, bo od razu po lekcjach wsiadam w poldka i pędzę, ile się da, do domu, żeby usiąść między zwałami książek i je czytać, udając, że wszystko zapamiętuję. Obsrać się można ze szczęścia. A jak już się pójdzie na jakiś koncert, czy co, to się okazuje, że się marnuje czas, bo ludzie robią ludzi w konia i to, że nazwa zespołu na plakacie zajmuje pół wyznaczonego miejsca, wcale nie oznacza, że zagrają więcej niż jedną piosenkę. Gnijcie, lamusy.
Nie mam siły, ani ochoty gadać z nikim i o niczym. A moja klasa czasami bywa wyśmienita (poszczególne jednostki, przynajmniej), a czasami doprowadza na skraj wymiotowania. Bleh.
Miłego dnia.
Podobnie mają chyba również inni, z tego, co wnioskuję z dramatycznych rozmów z nimi prowadzonych. Życie zaczyna się po czterdziestce. Nie wiem skąd mi się to tutaj wzięło...
Życie towarzyskie zamiera, bo od razu po lekcjach wsiadam w poldka i pędzę, ile się da, do domu, żeby usiąść między zwałami książek i je czytać, udając, że wszystko zapamiętuję. Obsrać się można ze szczęścia. A jak już się pójdzie na jakiś koncert, czy co, to się okazuje, że się marnuje czas, bo ludzie robią ludzi w konia i to, że nazwa zespołu na plakacie zajmuje pół wyznaczonego miejsca, wcale nie oznacza, że zagrają więcej niż jedną piosenkę. Gnijcie, lamusy.
Nie mam siły, ani ochoty gadać z nikim i o niczym. A moja klasa czasami bywa wyśmienita (poszczególne jednostki, przynajmniej), a czasami doprowadza na skraj wymiotowania. Bleh.
Miłego dnia.
8 komentarzy:
nastrój symul jak widzę, kochany.
To jest potrójny symul, jeśli o sprawy szkolne chodzi :>
Jesteśmy niesamowici. :)
ej, egzystencjonaliści mówio, że człowiek sam stanowi o swoim życiu! uczymy się do tej pieprzonej matury teraz, żeby sobie odbić za trzy miechy z nawiązką. też już rzygam codzienną kawą, ale cały czas liczę, że na coś mi się to cierpiętnictwo przyda.
kurw. oni się nazywajo egzystencjaliści. atak dysleksji....;p
Does it really matter? ;)
WHAT really matters???
...and nothing else matters.
Zgadzam sie z Toba Krzysiu, tylko zamień słowo historia na botanika.
Prześlij komentarz