W nieokreślonym czasie między wczoraj a dzisiaj odbyła się impreza, celebrująca oficjalnie - 100, rzeczywiście - 113 (112) dni, dzielących mnie i towarzyszy moich od Egzaminu Dojrzałości. W przeciwieństwie do moich szanownych kolegów nie przybyłem nań lansiarskim produktem kapitalistycznej Ameryki, tylko skromnie, acz godnie - niezastąpionym wytworem polskiej, naszej, bo dobrej, myśli technicznej. Zadziwieniom nie było końca, gdy kolejne niepozorne dziewczęta z naszej klasy (i ościennych klas, też) zamieniały się w kipiące seksem i biustem kobiety. Fryzury ich naśladowały wszystkie kształty i wzory makaronów, a dekolty (i twarze też, podobno) jaśniały odpowiedzią skóry na promienie ultrafioletowe, rodem z rozsianych po mazowieckim solariów.
W końcu poloneza czas było zacząć (ogniska rdzy zajmujące się moim własnym popełniły tu pewien falstart) i kulturalnie, gęsiego, bawiliśmy się w snejka po balowej sali Naczelnej Organizacji Technicznej. Trajektorie pląsu, wyznaczane pieczołowicie przez pana Picka na wszystkich TRZECH próbach zostały nieco zakrzywione, czy to ze stresu, czy to z błogiego zapomnienia, ale koniec końców wszystko się udało, nikt się nie przewrócił, nikomu nic nie odpadło (ni tupecik, ni silikonowa wkładka ze stanika) i rodzice, nauczyciele oraz zgromadzeni goście bili nam gromkie brawa.
Potem było żarcie, były tańce i baunse, było zabawy co niemiara, a w miarę jej postępowania nogi stawały się cięższe, takoż powieki, takoż potrawy, po które sięgano. Panowie operatorzy konsolety byli całkiem sympatyczni i udawało im się zwykle, mimo karkołomnych wyczynów, nie przekroczyć granicy żalu i rozpaczy.
Wyrobiłem normę o godzinie 3:00, pozostawiając jeszcze dwugodzinną zabawę swym kolegom i koleżankom.
Droga do Piaseczna była krótka i przyjemna - światła nie stanowiły już przeszkody w swobodnej jeździe, a rozmowy o seksualności i dojrzałości emocjonalnej były naprawdę satysfakcjonujące i bardzo ciekawe.
Z powrotem za to czułem się nieco nieswojo. Niedospany, na obcym i opustoszałym terenie - doznałem jakiegoś niepokoju. Jazda Puławską była za to dość swobodna. Pewnie, swobodnie, przemieszczałem się 110 km/h, a jedynymi ogranicznikami prędkości były miejscami tragiczna nawierzchnia drogi, okazjonalny strach przed radiowozem, obawa przed tym, że poldek mi się rozleci, jak również to, że prawdopodobnie nie wyciągnąłby więcej...
W domu znalazłem się o 4:20. Rozdziałem się z garnitura, półsennie przejrzałem zdjęcia, których dokonałem, i wygodnie ułożyłem się do snu. Dzisiaj, obudziwszy się o 13:30 nie byłem pewien, co to była za impreza, na której wczoraj byłem.
Ale już pamiętam. I przyznać muszę, że mam większość miłych wspomnień. Była to jedna z niewielu imprez, na której była cała nasza klasa. Nie mówiąc już o reszcie znajomych ze szkoły.
To dobrze. Studniówkę ma się przecież tylko raz w życiu.
W końcu poloneza czas było zacząć (ogniska rdzy zajmujące się moim własnym popełniły tu pewien falstart) i kulturalnie, gęsiego, bawiliśmy się w snejka po balowej sali Naczelnej Organizacji Technicznej. Trajektorie pląsu, wyznaczane pieczołowicie przez pana Picka na wszystkich TRZECH próbach zostały nieco zakrzywione, czy to ze stresu, czy to z błogiego zapomnienia, ale koniec końców wszystko się udało, nikt się nie przewrócił, nikomu nic nie odpadło (ni tupecik, ni silikonowa wkładka ze stanika) i rodzice, nauczyciele oraz zgromadzeni goście bili nam gromkie brawa.
Potem było żarcie, były tańce i baunse, było zabawy co niemiara, a w miarę jej postępowania nogi stawały się cięższe, takoż powieki, takoż potrawy, po które sięgano. Panowie operatorzy konsolety byli całkiem sympatyczni i udawało im się zwykle, mimo karkołomnych wyczynów, nie przekroczyć granicy żalu i rozpaczy.
Wyrobiłem normę o godzinie 3:00, pozostawiając jeszcze dwugodzinną zabawę swym kolegom i koleżankom.
Droga do Piaseczna była krótka i przyjemna - światła nie stanowiły już przeszkody w swobodnej jeździe, a rozmowy o seksualności i dojrzałości emocjonalnej były naprawdę satysfakcjonujące i bardzo ciekawe.
Z powrotem za to czułem się nieco nieswojo. Niedospany, na obcym i opustoszałym terenie - doznałem jakiegoś niepokoju. Jazda Puławską była za to dość swobodna. Pewnie, swobodnie, przemieszczałem się 110 km/h, a jedynymi ogranicznikami prędkości były miejscami tragiczna nawierzchnia drogi, okazjonalny strach przed radiowozem, obawa przed tym, że poldek mi się rozleci, jak również to, że prawdopodobnie nie wyciągnąłby więcej...
W domu znalazłem się o 4:20. Rozdziałem się z garnitura, półsennie przejrzałem zdjęcia, których dokonałem, i wygodnie ułożyłem się do snu. Dzisiaj, obudziwszy się o 13:30 nie byłem pewien, co to była za impreza, na której wczoraj byłem.
Ale już pamiętam. I przyznać muszę, że mam większość miłych wspomnień. Była to jedna z niewielu imprez, na której była cała nasza klasa. Nie mówiąc już o reszcie znajomych ze szkoły.
To dobrze. Studniówkę ma się przecież tylko raz w życiu.
4 komentarze:
Si, mimo wszystko było fajnie - gdybym tak tylko był bardziej przytomny :>
Ech, czekam aż sam będę mógł odwozić moją białogłową ad domum.
No i widzę, że nie wytrzymaliście wiele dłużej od nas :)
Tak sobie przeczytałam i trochę mnie żal ścisnął, że szkoła się kończy, że kontakty się urywają, bo tak ładnie Krzysiu piszesz, takie urocze puszczasz komentarze, takiego masz miłego poloneza, w sumie to Cię lubię :>
albo dwa:P
rafałex - follow the green arrow :D
symuśx - oooch, dziękujuję Ci uprzejmie. Ja Ciebie też (w sumie). ;)
miśx - no tak, niektórym się przyfarci, ale jedna jest własna :)
Prześlij komentarz