środa, 9 stycznia 2008

Cynamonowe miasto

Myśli kłębią mi się w głowie, aż się boję, że zapomnę, a szkoda byłoby zapomnieć, chociaż to myśli błahe dość i wcale nie niepospolite. No, ale zacznę od początku.
Wczorajszy wieczór uniemożliwił mi skutecznie umycie nabiegających pomału tłuszczem włosów, poprzez znagłe skończenie się ciepłej wody. Pozdrawiam niniejszym firmę Junkers i ich produkty grzewcze. Tak też, po odmrożeniu sobie części męskości, musiałem wywiesić białą flagę i wytrzeć zmarzłe dupsko czerwonym ręcznikiem (nie bawiąc się w odcienie - był raczej bordowy). Z perspektywą mycia włosia z rana dnia następnego udałem się do snu. Dziś rano o godzinie 5:45 budzik ustawiony przezornie skłonił mnie do refleksji i rozterek wiele namnożył. "Wstawać, czy nie? Zerówka to przecież tylko WueF. Najwyżej na jednym mnie nie będzie. No ale, z drugiej strony, to przecież nie mogę sobie pozwolić na załamanie frekwencji. Obudzę suszarką rodzinkę. To może jeszcze parę minut". Po parokrotnym wydłużaniu okresu parominutowego zwlekłem się wreszcie z łóżka z mocnym postanowieniem umycia głowy i zdążenia na lekcję. Prawie mi się udało. Znaczy się, przybyłem spóźniony, ale takoż spóźniony przyszedł pan Profesor wuefista, dlatego nic się nie stało. A że mój zapał dzielony był jedynie przez dwóch moich kolegów - rozstawiliśmy stół od ping-ponga, po raz pierwszy w tej szkole, o ile mnie pamięć nie zwodzi. Udało mi się wygrać z Abramem, hehehe. Ale kiedyś mi się zrewanżuje. Albo umówimy się na Sąd Boży.
Po wuefie perspektywa planolekcyjna przewidywała angielski, dwa polskie i dwie matematyki, ale los zrządził inaczej, w związku z czym odbyliśmy angielski i cztery lekcje polskiego. Wydawać się to może olabożne i matkoprzenajświętsze, ale wcale nie było tak źle. Przeciwnie, wręcz. Powiem więcej - było fenomenalnie. Nic to, że od czasu do czasu zdarzało mi się tracić kontrolę nad powiekami, pokrywającymi nowowlepione szkła kontaktowe. Ogólny rozrachunek był niesamowity - wytworzyła się w klasie, w moim przynajmniej mniemaniu, atmosfera jakaś dziwna, taka ciepła, przyjacielska, pluszowo-puchowa. Rodzinna, niemalże, choć nie mnie oceniać atmosferę w Twej rodzinie, Czytelniku. A co się do tego przyczyniło? Otóż, była to twórczość chluby narodu żydowskiego w Polsce, Brunona Schulza. W tym momencie aż się prosi, żeby wysnuć refleksję na temat absurdalnej i oksymoronicznej cokolwiek kwestii "Polskich Żydów", czy też "Żydów-Polaków", jak to niekiedy napomykają publikacje rozmaite, ale nie chcę się w to wplątywać. W każdym razie - odkąd poszedłem z radością i Adamusem do biblioteki (nie - bibloteki), aby przynieść tyle egzemplarzy "Sklepów cynamonowych", ile byliśmy w stanie unieść, wiedziałem, że dzisiaj będzie przepysznie. No i tak było. Wiedziałem także, że będzie szansa na głośne odczytywanie ustępów, a na to miałem OGROMNĄ chęć. Wiedziałem, że Schulz będzie MÓJ! No i był. A słowa me aksamitne splatały się z jego stylistyką w kompozycje z liści akantu i inne motywy roślinne, rodem z secesji w architekturze. Cudowne uczucie, cudowna proza, cudownie, moje dziecko. W takim sielankowym nastroju opuściłem szkołę (starannie szaliczek i czapkę dzierganą przywdziawszy).
Na dworze zaś słońce niespodziane topi i kruszy śnieg i lód. Wiosna kontratakuje, walcząc z mrozami i zawieruchą ramię w ramię z zaskoczonymi drogowcami. Ave, ver! Mimo to, na przystanku trochę piździ i przemykają wszystkie autobusy z rozkładówki, tylko nie mój. W końcu jednak i na mnie przychodzi kolej. Wsiadam, siadam, wyciągam "Niehalo", chowam twarz w kołnierz i duszę się ze śmiechu, a w słuchawkach Czarne Dziury i Odkrycia cyklicznie wirują w kółko, odbierane i doceniane tylko chyba przez moją podświadomość. Na miejscu nabywam pieczywo i, nie zważając na to, że sam wczoraj przestrzegałem mojego brata, by nie jadł jabłka na dworze, bo się przeziębi, łapczywie wgryzam się w bułkę jogurtową. Kupuję także płyn do soczewek, ale taki mniejszy, poproszę, jeśli jest, poproszę, a przy tym naruszam mój Fundusz Awaryjny, bo pieniędzy regularnych nie wystarcza, uszczuplając tym samym jego niezdobyte zasoby, ze złotych dwudziestu, do pięciu. Muszę uzupełnić w domu. To znaczy, teraz. Zaraz. Dziwię się niezmiernie, ponieważ na miejscu starego sklepu z wędlinami otworzyli Bar Perski. I serwują Kebab. Mniam! Niesamowite, jak ten biznes ewoluuje.
Na podwórku rozsypany popiół antypoślizgowy. Nie sól, nie piach, tylko popiół. No tak, Wielki Post się zbliża. Memento! Oczywiście. Na klatce zaś ulotki z wypieczoną pizzą na obrazku. Kura, ale jestem głodny!
W domu rąk nie myję zrazu, bo zbyt zamarzłe. Nienawidzę, kiedy gorąca woda styka się z zamarzłymi palcami, bo wtedy tak kłuje obrzydliwie. Pustą butelkę po Pepsi odrzucam, takoż reklamówkę z Merlina (.PeeL) i zabieram się do pisania tego oto, to.

Skończyłem.
Opróżniłem czaszkę z nagromadzonych emocji i wrażeń. Jest mi lepiej. Teraz się wyciszę i uspokoję i będzie znakomicie. I pójdę zrobić sobie dzikowymiarowe zdjęcie do świadectwa maturalnego. Chyba że się okaże, że wcale nie trzeba.

5 komentarzy:

Pasqui pisze...

Schulz jest nie tylko Twój, egoisto! Ja pierwsza go polubiałam, o! Ale się cieszę, ze Tobie też się spodobało:) Oby tak dalej.

Krzysztof pisze...

Tylko MÓJ był, jak go czytałem, głupolinozo! :] :*

Matylda pisze...

symul-Schulz! haha.

Anonimowy pisze...

no, Krzysztofie, wreszcie mam ferie i w najbliższym czasie będę mogła zmiażdżyć dzieła Twe swą cynamonową krytyką ;)
buziaki! już kiedy byłeś dzieckiem, rokowałeś nieźle; teraz jest już tylko lepiej
:)

Krzysztof pisze...

Achhh, dziękuję Pani bardzo. :]
Czekam z niecierpliwością i gęsim oskórzeniem. :)