Pierwszą czynnością, wykonaną w czwartek o godzinie 5:45 czasu środkowoeuropejskiego (zimowego), był posuwisty ruch kończyny górnej prawej, mający na celu wyłączenie cholernego wibrującego budzika w telefonie. Wibrujący, świdrujący, bezdźwięczny dźwięk, wspomagany wstrząsonośną powierzchnią prześcieradła działał na tyle rozbudzająco, że miał ochotę pochwycić go oburącz i zapamiętale jebnąć nim o podłogę. Powstrzymywały go jednak od tego rozbudzające się resztki zdrowego rozsądku, które przeciągając się porzekały, że to jednak całkiem przydatne urządzenie. Przez dobre kilka minut leżał, niezbyt gorliwie próbując uporać się ze zlepionymi senną wydzieliną powiekami. W międzyczasie parokrotnie przyłapywał sam siebie na swoich własnych przychrapach. "Czy mnie aby nie popierdoliło, myślał, żeby wstawać o tej porze"? Rozważając tę myśl na nierozgrzanych jeszcze tłokach mózgowia, przypomniał sobie wreszcie trzy magiczne słowa, brzmiące "frekwencja na wuefie", które, nabawiwszy go solidnego, lecz nie nazbyt głośnego (żeby nie obudzić Braciszka) westchnięcia, ostatecznie wypchnęły go z kusząco rozgrzanych pieleszy. Na półprzymkniętych powiekach przemknąwszy (z lekkością pijanego bażanta) przez korytarz, znalazł się w łazience. Jak każdego ranka, nadeszła chwila nieprzyjemnego spotkania z lustrzanym odbiciem. "Ja pierdolę..." stwierdził, przypatrując się ze zgrozą kołyszącym się radośnie dziwnym kosmkom, sterczącym ze wszystkich stron jego głowy. Próby ujarzmienia intruzów przy pomocy szczotki spaliły na panewce. Szybko rozgonił myśl o lokówce i, zrezygnowany, udał się do kuchni. Niezbyt treściwe śniadanie na bułce drożdżowej i maśle, oraz paru łykach Liptona nastroiło go pozytywnie do rzeczywistości, na tyle, by umyć zęby, wrzucić do plecaka parę losowo wybranych zeszytów i półżwawo wybyć z mieszkania.
Zewnątrz było dzisiaj dosyć bezmroźne, można by powiedzieć, że nawet wiosenne. Zauważył to rozplątując ekonomicznie zaplątane słuchawki penetracyjne. Chwilę zajęło mu odpowiednie ulokowanie ich w uszach. Teraz, odcięty od szumu samochodów, kroków starawych pań i dreptania jamników, mógł spokojnie schować się za zasłoną melodii i włączyć autopilota. Przystanek. Autobus. Swędzi mnie oko. Przystanek, Przejście Naziemne, Cześć Rafał, Szatnia. Nie tak znowu odurzający efekt pracy gruczołów setki dojrzewających mężczyzn, parę minut spędzonych na koksowaniu na siłowni, wśród atrakcyjnych rozmów o meczu siatkówki, żyle na brzuchu Pudziana, niewyspaniu, nieobecnościach, występie muzycznym, BB i tym podobnych tematów. Potem jakiś francuski, jakieś takoż PeO, gdzie profesor zapytywał go o to, czy lubi świntuszyć (gorliwe zapewnienie Alexa, że kolega lubi), oraz o to, czy nie ma jakichś zboczeń (gorliwe zapewnienie Alexa, że kolega ma), skwapliwie bandażując mu głowę w jakiś dziwny sposób z "podwójnym" w nazwie. Łacina, angielski, filozofia, dwa polskie, koniec lekcji, szybciej niż zwykle, bo były skrócone. Wybitka na pączki, a bo co! W zaludzionym demograficznie metrze jakiś pan informuje o istnieniu czegoś takiego jak poręcz. "Niestety ja nie mam czegoś takiego jak poręcz" ze swadą rzecze. Nowy Świat. Niecne zamiary pokrzyżowała, szczerząc się złośliwie, gąsienicza kolejka przed cukiernią Bliklego. "Walcie się" pomyślał i zawrócił, na spotkanie "pysznych pączków za 1,90" w kawiarni Nescafe. Po 3 ciacha i latte miodowa. Niewiasta obok potyka się z morderczą czkawką, usiłując skrócić swe cierpienia przez uduszenie. Co jakiś czas, nieśmiało trąca ją ręką, żeby sprawdzić, czy jeszcze żyje. Ona w odpowiedzi szczypie go w udo. "Niewdzięcznica", myśli i pałaszuje tłusty przysmak. Lepu, lepu; palce czują do siebie większe niż zwykle przywiązanie. "Takim pączkiem to się zawsze człowiek upierdoli", stwierdza, parafrazując znamienne słowa pana Taksówkarza z Pragi. Parę anegdotek o Kościele, jakieś rozkminy przedszkolne, pogaduszki niezobowiązujące. Nieprzyjemne, jak zwykle, rozstanie przy metrze. Niemrawa droga powrotna do domu. Klucz w zamku, plecak z pleców, takoż kurtka, oczowlepy z cichym mlaśnięciem znikają z rogówki. Zwalił się na swoje ulubione łóżko i z ulgą wzdechnął "uff, ja pierdolę". Drzemka.
Zewnątrz było dzisiaj dosyć bezmroźne, można by powiedzieć, że nawet wiosenne. Zauważył to rozplątując ekonomicznie zaplątane słuchawki penetracyjne. Chwilę zajęło mu odpowiednie ulokowanie ich w uszach. Teraz, odcięty od szumu samochodów, kroków starawych pań i dreptania jamników, mógł spokojnie schować się za zasłoną melodii i włączyć autopilota. Przystanek. Autobus. Swędzi mnie oko. Przystanek, Przejście Naziemne, Cześć Rafał, Szatnia. Nie tak znowu odurzający efekt pracy gruczołów setki dojrzewających mężczyzn, parę minut spędzonych na koksowaniu na siłowni, wśród atrakcyjnych rozmów o meczu siatkówki, żyle na brzuchu Pudziana, niewyspaniu, nieobecnościach, występie muzycznym, BB i tym podobnych tematów. Potem jakiś francuski, jakieś takoż PeO, gdzie profesor zapytywał go o to, czy lubi świntuszyć (gorliwe zapewnienie Alexa, że kolega lubi), oraz o to, czy nie ma jakichś zboczeń (gorliwe zapewnienie Alexa, że kolega ma), skwapliwie bandażując mu głowę w jakiś dziwny sposób z "podwójnym" w nazwie. Łacina, angielski, filozofia, dwa polskie, koniec lekcji, szybciej niż zwykle, bo były skrócone. Wybitka na pączki, a bo co! W zaludzionym demograficznie metrze jakiś pan informuje o istnieniu czegoś takiego jak poręcz. "Niestety ja nie mam czegoś takiego jak poręcz" ze swadą rzecze. Nowy Świat. Niecne zamiary pokrzyżowała, szczerząc się złośliwie, gąsienicza kolejka przed cukiernią Bliklego. "Walcie się" pomyślał i zawrócił, na spotkanie "pysznych pączków za 1,90" w kawiarni Nescafe. Po 3 ciacha i latte miodowa. Niewiasta obok potyka się z morderczą czkawką, usiłując skrócić swe cierpienia przez uduszenie. Co jakiś czas, nieśmiało trąca ją ręką, żeby sprawdzić, czy jeszcze żyje. Ona w odpowiedzi szczypie go w udo. "Niewdzięcznica", myśli i pałaszuje tłusty przysmak. Lepu, lepu; palce czują do siebie większe niż zwykle przywiązanie. "Takim pączkiem to się zawsze człowiek upierdoli", stwierdza, parafrazując znamienne słowa pana Taksówkarza z Pragi. Parę anegdotek o Kościele, jakieś rozkminy przedszkolne, pogaduszki niezobowiązujące. Nieprzyjemne, jak zwykle, rozstanie przy metrze. Niemrawa droga powrotna do domu. Klucz w zamku, plecak z pleców, takoż kurtka, oczowlepy z cichym mlaśnięciem znikają z rogówki. Zwalił się na swoje ulubione łóżko i z ulgą wzdechnął "uff, ja pierdolę". Drzemka.
1 komentarz:
siarczyście, bejbe:)
Prześlij komentarz