Weekend obrzydliwy. Mam na myśli ten weekend. Bo weekendy same w sobie są zwykle bardzo przyjemne (zwłaszcza, jeśli się żyje od weekendu - do weekendu). Jestem niewiadomojakiśtaki cały czas, nie mogę się zabrać za nic konstruktywnego, szlajam się jak głupi po mieszkaniu i nie wiem co ze sobą zrobić. Wiem za to, co powinienem robić. Uczyć się, a jakże! Matma, Chemia, Filozofia, WOK - to tegotygodniowe zmory Krzysztofa. A Krzysztof tymczasem...
Kradnę pasemka ciepła z brody Dziadka Mroza. Ukrywam się pod pierzyną przed igiełkami zimna. Wydłubuję strzępki czasu z góry obowiązków. Nic nie jest tak, jak być powinno. Czuję się jak pasożyt w dupie świata (jelicie cienkim, ale chciałem, żeby brzmiało dobitniej). Żyję w przebłyskach, z tego, co ukradnę. Jak typowy żul. Moje miejsce jest chyba w kryminale, a nie w siódmym (onegdaj - trzecim) Liceum w Warszawie...
Czasu! Aaargh!
Kradnę pasemka ciepła z brody Dziadka Mroza. Ukrywam się pod pierzyną przed igiełkami zimna. Wydłubuję strzępki czasu z góry obowiązków. Nic nie jest tak, jak być powinno. Czuję się jak pasożyt w dupie świata (jelicie cienkim, ale chciałem, żeby brzmiało dobitniej). Żyję w przebłyskach, z tego, co ukradnę. Jak typowy żul. Moje miejsce jest chyba w kryminale, a nie w siódmym (onegdaj - trzecim) Liceum w Warszawie...
Czasu! Aaargh!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz