sobota, 10 lutego 2007

Jeśli całe życie można przeżyć w pięć dni...

...to cały pozostały czas jest darem, którego piękna nie da się opisać...

Od niedzieli do piątku. Krótki wyjazd z paczką znajomych do Białki Tatrzańskiej. Wyjazd, przed którym miałem wiele obaw, niepewności, nie wiedziałem do końca, czy to taki dobry pomysł... Próbowałem gdzie indziej, szukałem kontaktu z innymi ludźmi, a jedynym argumentem, żeby jednak jechać tutaj, była M. W końcu wszystko było już ustalone, spotkaliśmy się o barbarzyńskiej porze na Dworcu Centralnym, podówczas jeszcze nie będącym skromnym dodatkiem do Złotych Tarasów nieopodal. Sześciogodzinna podróż pociągiem była świadkiem pierwszego krzysztofowego zmuła. Nie wszystkie awersje socjalne zostały w Warszawie, jednak. Trochę wyobcowany, jak wagon towarowy między pasażerskimi, cicho wzdychając do szyby modliłem się, żeby udało mi się przeżyć. Jak się później okazało, wszystko to było bzdurą i nonsensem. Tak cudownego wyjazdu jeszcze w swym niepełnoletnim życiu nie miałem...

Piętro domku, zwanego "Willa Salamandra" (ciekawe, czy pan Gazda wiedział, co to "Salamandra"...) zostało szturmem zajęte przez Czackiego, Czackiego, Miłość k'Mą! Cztery pokoje o różnym teoretycznym zapleczu osobowym zasiedliły cztery pary. Telefon do rodziców - "Tak, mamy dwa pokoje czteroosobowe, jeden dla chłopaków, drugi dla dziewczyn". Nie wyszło. "Już się nauczyłam rozpoznawać Twoje żarciki" - ironicznie rzecze Mama Krzysztofa. Jestem szczęśliwy. M. krząta się po izdebce, ja rozglądam się ciekawie dokoła. "Trzeba będzie zrobić małe przemeblowanko..." uśmiecham się cffaniacko. "Wieczorem, co by pan Gazda nie krzyczał", odpowiada.
Zaplecze logistyczne nie było tak dobrze zorganizowane, jak teoretycznie mogło by być. Właściwie, powiedzmy sobie szczerze, wszystko mogło by być zorganizowane lepiej / w ogóle (*niepotrzebne skreślić wedle uznania). Stołowaliśmy się zwykle w KarCmie o przyjaznej dla ucha, ciała i ducha nazwie "Bania". KarCma to była na miarę naszych czasów - połączenie plastikowawo-kiczowatego folkloru w wyobrażeniu przeciętnego cepra ze sposobem organizacji stołówki w amerykańskim college'u. Szyld na drugim piętrze przy schodach, głoszący "<- Poziom 1 Karcmy" niemal nie doprowadził mnie do ataku apopleksji... Zaś menu - golonko z niegramatycznego zwierza, żeberka tłustawe, karkówka pudziańska, pierogi-iluzjoniści i lasagna, o której słuch zaginął. Ponadto swojski aromat slightly przypalonych frytek, którego M. gorliwie pozbywała się w domu, przy pomocy wieszaka, okna, mrozu i perfum herbatniczych. Obok KarCmy wielkomiejskie iście ośrodki handlu. Wyzywające pamiątki, takie jak falliczne aniołki i wesoła kompania (patrz zdjęcie), włochate czapki i śmierdzące łOscypki, a także różne świecące gadżety, rękawice narciarskie nie pod kolor kurtki Kłakera, zmrożone żelki na wygłodniałe paszcze i inny super staf. Komercha na 5+.
Wyjścia na stok narciarski były zawsze pełne wrażeń. Zwykle jeździłem sam, bo każda z par narciarskich miała w sobie coś, co sprawiało, że jeździć się z nimi nie dało. Zresztą, w ogóle każda z par miała w sobie coś tak charakterystycznego, że nalepione im etykietki pozostaną na nich na stałe, niczym przyklejone kartonem "Kropelki". Agniesz i Kłaczek ciągle ze sobą zrywają, a wówczas po Agniesz przylatuje helikopter i zabiera ją do domu, Zoś i Marcin są sado-maso, ciągle się kłócą i biją (powstał nawet specjalny Chwyt Marcina, polegający na chwyceniu kobiety za twarz i wbiciu jej w ścianę), a Madzia i Maciek są krypto-, cicho-ciemni, kryją się i chowają, nic o nich nie wiadomo, poza tym, że Magda jest pająkiem, a Maciek władcą dżungli, strumienia, kamienia, zamku itp. My zaś, z Martą, ponoć wszystkich objeżdżamy (nic podobnego!), albo jesteśmy zbyt przeciętni, żeby się wyróżniać (Marcin jest po prostu zazdrosny!)... :)
Ów wyjazd był bardzo okazyjny, jak już wspominałem; Marta miała osiemnastkę (teraz nazywa mnie NieDorosłym, małpa jedna...) i osiemnastkowe tajne przyjęcie (na które specjalnie przybyła Dżulia), Kłaczek i Agniesz roczną rocznicę (roczną, znaczy, że rok temu pierwszy raz zaczęli ze sobą tentego. Co wcale nie oznacza, że są ze sobą rok... :]), na którą Kłaczek odwalił megalandrynę rodem z komedii romantycznych z Meg Ryan, a także my mieliśmy rocznicę, która była cichutka, ale za to...
Zaliczyliśmy jeden ciekawy wypad do Zakopanego, podczas którego zrobiliśmy mnóstwo głupich zdjęć, nazłorzeczyliśmy się niemiłosiernie, o mało nie spóźniliśmy się na busa, wracaliśmy taksówką, zmarzliśmy, siedzieliśmy w pubie Nietota, i mieliśmy wiele innych dziwnych akcji.
Tryb życia na naszym wyjeździe doznał lekkiego uszczerbku na zdrowiu. Wstawaliśmy około 11:00, jedliśmy śniadanie około 12:00, rozkminialiśmy do około 15:00, jeździliśmy na nartach między 16:00 a 22:00, jedliśmy kolację koło 24:00, kładliśmy się spać nieopodal 1:00. Było bardzo intensywnie, bardzo zabawnie i zdecydowanie przyjemnie... :) Nie omijały nas również spacery nad ruczajem, po lesie, drogą główną, podziwianie piknych widockuf, hej, robienie zakupów i tym podobne wycieczki. Kłaczek woził się swoją bryczką tak często, jak tylko się dało, my jednak woleliśmy raczej pierwotne sposoby transportu... :)
Przeżycia, jakich doznałem w górach były i będą niezapomniane... To tak, jakby wszystko, co było przedtem, rozpłynęło się w porannej mgle (której raczej nie doświadczaliśmy... bardziej - wieczornej), a to, co potem, świeciło blaskiem nowego dnia. Zmieniłem się. Ty też się zmieniłaś. Zmieniliśmy się My. Jednak to, co będzie trwać zawsze, rosnąć i zmieniać się, tak naprawdę wciąż będzie pozostawać takie samo. To, co między nami. Kocham Cię, M. :*

Dooobra, kończę tego wpisa. Ciekawsze zdjęcia z tego porąbanego wyjazdu - w galerii. :)

1 komentarz:

Pasqui pisze...

NO ładnie :* hehehe...Masz racje... :*
kocham