Dzisiejszy dzień spędzony został przeze mnie jedynie w domowym zaciszu (które z zaciszem wspólnego zbyt wiele mieć nie może, a to z powodu mnie, mojej muzyki, mojego braciszka i ogólnego chaosu rządzącego tym przybytkiem, z którego, kto wie, może kiedyś się coś wyłoni...) oraz ogólnopraskopołudniczych okolicach. Wybrałem się również, matczynym nakazem, w ośrodek kwitnącego handlu i wymiany towarowej, a mianowicie na BAZAR. Bazar przy rondzie Wiatraczna obfity jest w różnej maści towary średnioluksusowe, spożywcze, postspożywcze, niedospożywcze itepe. Po zanabyciu niezbędnych towarów udawałem się raźnym krokiem w okolice mej lepianki, gdy wtem słuch mój wyczulony nakierował mnie na niezwykle interesującą sytuację. Otóż, w niejakim oddaleniu od Bazaru Właściwego, znajdowało się amatorskie stoisko, na którym znajdowały się plastikowe kubełki z winogronami. Pieczę nad owym stoiskiem sprawował z lekka czerwonawy na twarzy Pan, o bardzo głębokim (lecz bynajmniej nie aksamitnym) głosie. Starał się on niezmiernie, aby jego towar był łakomym kąskiem dla potencjalnych nabywców. Stosując wszystkie zasady wielkomiejskiego marketingu, wykorzystując mnogie talenta, jak również wrodzoną przedsiębiorczość, mężczyzna ów, nie owijajmy w bawełnę, niemiłosiernie darł ryja. Darł ryja w sposób zaczepny, inwazyjny, migrenotwórczy, jednak, co tu kryć, intrygujący. Wokół rzeczonego stoiska zebrała się niemała zgraja bazarowych bywalców, zainteresowanych nagle nabyciem kiści winogron. A Sprzedawca zionął: "PROOOOSZĘ PAAAŃSTWA, ŚWIEŻUTKIE WINOGRONKA, PROSZĘ PAŃSTWA! ŚRODEK ZIMY, A TUTAJ BARDZO TANIE WINOGRONKA, CZTERY ZŁOTE! NO PROSZĘ SOBIE OBLICZYĆ, TO JEST CZTERYSTA PROCENT TANIEJ NIŻ NA BAZARZE!". Ten argument zupełnie zbił mnie z pantałyku, i, nie tłumiąc już ogarniającej mnie radosności, zamruczałem "japierolę" i z lekkim sercem ruszyłem do domu.
Niekiedy spotkać można osoby, zjawiska, być świadkiem sytuacji, które trwale zmieniają światopogląd. Ja doświadczyłem tego w przypadku spotkania WHACO, Pana Buraka z PKS-u do Grzybowa, jak też zapoznawszy się z poglądami Pana Cygana z Torunia, Pana Krzysztofa Kononowicza z Białegostoku... Myślę, że Pan Sprzedawca również na długo pozostanie w mojej pamięci. :)
Kolejny punkt programu - święto Matki Boskiej Gromnicznej (nazwa pospolita i ludowa). Nie ma tu się specjalnie nad czym rozwodzić, wyjąwszy to, że mój ulubiony ks. Michał wygłosił kolejne kazanie, zaczerpnięte zapewne z podręcznika typu "Kazania dla Opornych", a którego kazania zawsze i niezmiennie do głębi mnie poruszają. Przesłanie dzisiejszego było mniej-więcej takie (wszystko zależy oczywiście od subiektywnej interpretacji), że trzeba być światłem, bo bez światła jest ciemno, i Chrystus może się przewrócić. Bardzo motywujące. Zdecydowanie - chodzenie na msze do Dominikanów jest dużo lepszym wyjściem... Mimo że daleko.
Wielkimi krokyma zbliża się wyjazd w góry. Czekam z zaiste wielką niecierpliwością.
Tak... :) :*
Niekiedy spotkać można osoby, zjawiska, być świadkiem sytuacji, które trwale zmieniają światopogląd. Ja doświadczyłem tego w przypadku spotkania WHACO, Pana Buraka z PKS-u do Grzybowa, jak też zapoznawszy się z poglądami Pana Cygana z Torunia, Pana Krzysztofa Kononowicza z Białegostoku... Myślę, że Pan Sprzedawca również na długo pozostanie w mojej pamięci. :)
Kolejny punkt programu - święto Matki Boskiej Gromnicznej (nazwa pospolita i ludowa). Nie ma tu się specjalnie nad czym rozwodzić, wyjąwszy to, że mój ulubiony ks. Michał wygłosił kolejne kazanie, zaczerpnięte zapewne z podręcznika typu "Kazania dla Opornych", a którego kazania zawsze i niezmiennie do głębi mnie poruszają. Przesłanie dzisiejszego było mniej-więcej takie (wszystko zależy oczywiście od subiektywnej interpretacji), że trzeba być światłem, bo bez światła jest ciemno, i Chrystus może się przewrócić. Bardzo motywujące. Zdecydowanie - chodzenie na msze do Dominikanów jest dużo lepszym wyjściem... Mimo że daleko.
Wielkimi krokyma zbliża się wyjazd w góry. Czekam z zaiste wielką niecierpliwością.
Tak... :) :*
2 komentarze:
Jeśli w ogóle chodzić na msze to tylko do dominikanów. Tylko tam mówią cokolwiek rozsądnego.
Rafael
definitywnie!
a góry...oj... :*
Prześlij komentarz