{ riposta na tekst pt. "Promocja" :] }
Nie ma co kryć - pozostała tam nie dłużej, niż do wieczora dnia owego. K. wkroczywszy do kuchni w celu zasięgnięcia czegoś na język, spostrzegł uśmiechającą się doń puszkę z lekko rozmiękczoną obwolutą, z intrygującym napisem nań, zajmującą honorowe miejsce w lodówce, obok masła i oliwy z oliwek. Pochwycił ją w mocarną dłoń i raźnym krokiem wyszedł z przybytku obżarstwa. W salonie, zwinięta w kłębek na kanapie przed telewizorem M. zatopiona była w kontemplacji swych krwistoczerwonych pazurów, podczas gdy Ryszard Cebula relacjonował zdarzenia, które miały miejsce na jednym z Gliwickich osiedli mieszkaniowych. K. zasiadł wygodnie w fotelu i skupił swą uwagę na trzymanym przedmiocie. Skupiając swą uwagę, skupił na sobie uwagę M., która dostrzegła połyskujący produkt promocyjny i z zaciekawieniem spoglądała na bezczynne poczynania swego Lubego.
- Mieliśmy tego nie otwierać, pamiętasz? - zapytała półżartem.
- Owszem. Wydaje mi się jednak, że straciłaś 3,99, złotko.
- Dlaczego tak myślisz...? - spytała ostrożnie, w głosie jej jednak dawało się już wyczuć zaczątki histerii i paniki.
- Przekonajmy się - odparł K.
Wstał, postawił puszkę na stole i wyszedł do sypialni. Po kilku chwilach inkrustowanych metalicznym brzękiem z pokoju, wkroczył do salonu i akcji, trzymając w ręku swój stary, umorusany nóż, który dostał od dziadka-leśnika na osiemnaste urodziny.
- O-ou... - stwierdziła M., podnosząc się z kanapy.
K., korzystając ze zrobionego wrażenia, przybrał groźną pozę i z impetem wbił ostrze narzędzia w blachę. Zasyczało.
- Tak jak myślałem! - rzekł K.
Wyciągnął ze środka pogniecione wieczko, umocowane trwale na ostrzu prezentu urodzinowego i z ironicznym uśmiechem podał swej Kobiecie zmasakrowaną z lekka puszkę.
- Ale... ale... JAK TO?! - zakrzyknęła w te pędy M., zaglądając w czeluść blaszaka i wyciągając zeń na palcu śladowe ilości orzechów arachidowych. Poza tym w środku nie było nic.
- Ech, wysłać babę do hipermarketu... A porządnego groszku Bondjuela nie mogła kupić - złorzeczył z satysfakcją K., próbując ściągnąć resztki opakowania ze swojego "kozika".
M. z rozczarowaniem i cichym klapnięciem usiadła z powrotem na kanapie.
- Nic nie rozumiem... - powiedziała cicho, lekko trzęsącym się głosem. Jej oczy zaszkliły się łzami.
K., czuły na piękno i łaskotki pod żebrami, oraz niezmiernie wrażliwy, rozczulił się na ten widok, podszedł, usiadł obok niej i objął ją ramieniem.
- Nie ma co rozpaczać, Miśku... Padłaś ofiarą marketingu.
Schwycił przeklęte opakowanie, i już miał cisnąć nim do kominka, kiedy coś na etykiecie przykuło jego uwagę. Uśmiechnął się zawadiacko i powiedział:
- Chociaż z drugiej strony... Wiesz, co? Chyba jednak jest w tym coś magicznego...
Zdziwiona M. podniosła głowę i podążyła wzrokiem za palcem wskazującym swego mężczyzny. Starannie wypielęgnowany paznokieć wymierzony był w napis "Data produkcji: 7.09.2006".
- Wydaje mi się, że to jednak produkt dobrej jakości - zamyślił się K. - Właśnie przyszło mi do glowy, co należy zrobić.
Wstał i z figlarnym uśmieszkiem rozpiął guzik kołnierza.
- Co masz na myśli...? - spytała zdziwiona M. wycierając oczy wierzchem dłoni.
- Nie ma co żałować tych 3,99. Dzięki tej cholernej puszce przypomniałem sobie, że jestem głodny...
Zdjął koszulę i podszedł do wyłącznika światła na ścianie. Odwrócił się i wyszeptał:
- Najwyższy czas coś skonsumować...
Nie ma co kryć - pozostała tam nie dłużej, niż do wieczora dnia owego. K. wkroczywszy do kuchni w celu zasięgnięcia czegoś na język, spostrzegł uśmiechającą się doń puszkę z lekko rozmiękczoną obwolutą, z intrygującym napisem nań, zajmującą honorowe miejsce w lodówce, obok masła i oliwy z oliwek. Pochwycił ją w mocarną dłoń i raźnym krokiem wyszedł z przybytku obżarstwa. W salonie, zwinięta w kłębek na kanapie przed telewizorem M. zatopiona była w kontemplacji swych krwistoczerwonych pazurów, podczas gdy Ryszard Cebula relacjonował zdarzenia, które miały miejsce na jednym z Gliwickich osiedli mieszkaniowych. K. zasiadł wygodnie w fotelu i skupił swą uwagę na trzymanym przedmiocie. Skupiając swą uwagę, skupił na sobie uwagę M., która dostrzegła połyskujący produkt promocyjny i z zaciekawieniem spoglądała na bezczynne poczynania swego Lubego.
- Mieliśmy tego nie otwierać, pamiętasz? - zapytała półżartem.
- Owszem. Wydaje mi się jednak, że straciłaś 3,99, złotko.
- Dlaczego tak myślisz...? - spytała ostrożnie, w głosie jej jednak dawało się już wyczuć zaczątki histerii i paniki.
- Przekonajmy się - odparł K.
Wstał, postawił puszkę na stole i wyszedł do sypialni. Po kilku chwilach inkrustowanych metalicznym brzękiem z pokoju, wkroczył do salonu i akcji, trzymając w ręku swój stary, umorusany nóż, który dostał od dziadka-leśnika na osiemnaste urodziny.
- O-ou... - stwierdziła M., podnosząc się z kanapy.
K., korzystając ze zrobionego wrażenia, przybrał groźną pozę i z impetem wbił ostrze narzędzia w blachę. Zasyczało.
- Tak jak myślałem! - rzekł K.
Wyciągnął ze środka pogniecione wieczko, umocowane trwale na ostrzu prezentu urodzinowego i z ironicznym uśmiechem podał swej Kobiecie zmasakrowaną z lekka puszkę.
- Ale... ale... JAK TO?! - zakrzyknęła w te pędy M., zaglądając w czeluść blaszaka i wyciągając zeń na palcu śladowe ilości orzechów arachidowych. Poza tym w środku nie było nic.
- Ech, wysłać babę do hipermarketu... A porządnego groszku Bondjuela nie mogła kupić - złorzeczył z satysfakcją K., próbując ściągnąć resztki opakowania ze swojego "kozika".
M. z rozczarowaniem i cichym klapnięciem usiadła z powrotem na kanapie.
- Nic nie rozumiem... - powiedziała cicho, lekko trzęsącym się głosem. Jej oczy zaszkliły się łzami.
K., czuły na piękno i łaskotki pod żebrami, oraz niezmiernie wrażliwy, rozczulił się na ten widok, podszedł, usiadł obok niej i objął ją ramieniem.
- Nie ma co rozpaczać, Miśku... Padłaś ofiarą marketingu.
Schwycił przeklęte opakowanie, i już miał cisnąć nim do kominka, kiedy coś na etykiecie przykuło jego uwagę. Uśmiechnął się zawadiacko i powiedział:
- Chociaż z drugiej strony... Wiesz, co? Chyba jednak jest w tym coś magicznego...
Zdziwiona M. podniosła głowę i podążyła wzrokiem za palcem wskazującym swego mężczyzny. Starannie wypielęgnowany paznokieć wymierzony był w napis "Data produkcji: 7.09.2006".
- Wydaje mi się, że to jednak produkt dobrej jakości - zamyślił się K. - Właśnie przyszło mi do glowy, co należy zrobić.
Wstał i z figlarnym uśmieszkiem rozpiął guzik kołnierza.
- Co masz na myśli...? - spytała zdziwiona M. wycierając oczy wierzchem dłoni.
- Nie ma co żałować tych 3,99. Dzięki tej cholernej puszce przypomniałem sobie, że jestem głodny...
Zdjął koszulę i podszedł do wyłącznika światła na ścianie. Odwrócił się i wyszeptał:
- Najwyższy czas coś skonsumować...
2 komentarze:
Kocham Cię :*
Doprawdy mało nie padłam ze śmiechu:P
ZBOCZENIEC! hehe 2 glupki :P
Prześlij komentarz