Korzystając z parcia na Tfu!rczość, postanowiłem cokolwiek nonsensownie napisać parę słów. Pogoda za oknem - zdecydowanie nie na sukces. Po przyjemnych, wiosennych doznaniach tego tygodnia, przyszedł czas na wstrętnozimnowietrzne kaprysy naszej transgenicznej zimy, która de jure wiosną ma być za dni parę, ale jak będzie de facto, to chuj raczy wiedzieć. Pod nieobecność wiosny, wolniejszy czas postanowiła zająć nauka. Cóż, nie mogę rzec, by był to najbardziej oczekiwany przeze mnie gość, ale wywalenie jej wpizdu na zimną ulicę byłoby chyba zbyt straszne... Więc cóż, niech sobie siedzi, picza, byle nie przeszkadzała za bardzo...
Czuję się ofiarą niepełnoletności. Za wiele jest spraw, o których wciąż nie mogę decydować, samodzielnie. To niezwykle frustrujące, zwłaszcza w kwestii planowania sobie wolnego czasu... Poza tym, dziwnym trafem, złym trafem, trafem wręcz wkurwiającym, wszelakie imprezki rodzinne postanowiły się urządzać w tym czasie, w którym mam zamiar się uczyć, żeby nie zawalić sobie życia na głowę. A spotkania towarzyskie ze znajomymi - rzadziej, ale też w podobnym czasie. Z tym, że jest jedna, zasadnicza różnica. Rodzice zgadzają się z wielkim oporem na pozostanie w domu i nauczanie się, ale na wyjście do znajomych - broń Boże! W końcu, jeśli już trzeba się rozerwać (o zgrozo!), to przecież dużo fajniej jest robić to na rodzinnym obiadku, ciągnącym się godzinami, niż na krótszym, a bezcelowym, spotkaniu z ziomkami, nieprawdaż...?
Tego więc typu dylematy mną targają. Ponadto - cały czas czuję, że żyję na skraju popadnięcia w jakąś chorobę, mimo że czuję się nieźle. To pewnie dlatego, że wszelakie moje decyzje, dotyczące ubioru, wyjścia na spacer, czy w ogóle robienia czegokolwiek, spotykają się z matczynym, niezmiernie życzliwym komentarzem, że ona mnie leczyć nie będzie. Ja się tak zastanawiam, czy to jest wina moja, czy wina świata, czy wina Opatrzności, że rodzice tak mają? A może to tylko moi tak mają? Sam już nie wiem. Wiem tylko, że strasznie mnie to irytuje, a spędzanie weekendu w takim rodzinnym właśnie gronie, rozstraja mnie nerwowo, i sprawia, że chcę przywdziać trójpasmówkę i wyjść z kijem na praskie osiedle...
Już mi się, szczerze mówiąc, odechciało pisać.
W taki sposób odechciewa mi się robienia czegokolwiek. Jeśli moja rodzinka będzie miała na mnie taki zbawienny wpływ jeszcze przez jakiś czas, to rzeczywiście przepoczwarzę się w jakiegoś cholernego, aspołecznego ramola, który siedzi całymi dniami w domu i lampi się w 23" telewizor... Moje życie gnije.
Dobrze, że jeszcze mam Ciebie...
Właściwie, skoro mam Ciebie, to niech reszta spada na bambus.
Czuję się ofiarą niepełnoletności. Za wiele jest spraw, o których wciąż nie mogę decydować, samodzielnie. To niezwykle frustrujące, zwłaszcza w kwestii planowania sobie wolnego czasu... Poza tym, dziwnym trafem, złym trafem, trafem wręcz wkurwiającym, wszelakie imprezki rodzinne postanowiły się urządzać w tym czasie, w którym mam zamiar się uczyć, żeby nie zawalić sobie życia na głowę. A spotkania towarzyskie ze znajomymi - rzadziej, ale też w podobnym czasie. Z tym, że jest jedna, zasadnicza różnica. Rodzice zgadzają się z wielkim oporem na pozostanie w domu i nauczanie się, ale na wyjście do znajomych - broń Boże! W końcu, jeśli już trzeba się rozerwać (o zgrozo!), to przecież dużo fajniej jest robić to na rodzinnym obiadku, ciągnącym się godzinami, niż na krótszym, a bezcelowym, spotkaniu z ziomkami, nieprawdaż...?
Tego więc typu dylematy mną targają. Ponadto - cały czas czuję, że żyję na skraju popadnięcia w jakąś chorobę, mimo że czuję się nieźle. To pewnie dlatego, że wszelakie moje decyzje, dotyczące ubioru, wyjścia na spacer, czy w ogóle robienia czegokolwiek, spotykają się z matczynym, niezmiernie życzliwym komentarzem, że ona mnie leczyć nie będzie. Ja się tak zastanawiam, czy to jest wina moja, czy wina świata, czy wina Opatrzności, że rodzice tak mają? A może to tylko moi tak mają? Sam już nie wiem. Wiem tylko, że strasznie mnie to irytuje, a spędzanie weekendu w takim rodzinnym właśnie gronie, rozstraja mnie nerwowo, i sprawia, że chcę przywdziać trójpasmówkę i wyjść z kijem na praskie osiedle...
Już mi się, szczerze mówiąc, odechciało pisać.
W taki sposób odechciewa mi się robienia czegokolwiek. Jeśli moja rodzinka będzie miała na mnie taki zbawienny wpływ jeszcze przez jakiś czas, to rzeczywiście przepoczwarzę się w jakiegoś cholernego, aspołecznego ramola, który siedzi całymi dniami w domu i lampi się w 23" telewizor... Moje życie gnije.
Dobrze, że jeszcze mam Ciebie...
Właściwie, skoro mam Ciebie, to niech reszta spada na bambus.
2 komentarze:
Cała cywilizacja się rozpada i gnije, czemu więc zwykli ludzie mieli by tego nie odczuwać?
Najważniejsze to znaleźć sobie odpowiednich kompanów do gnicia - wtedy jest łatwiej.
Jasne :) niech spada na bambus, baobab, psylofita karbońskiego i co tam jeszcze na podorędziu się znajdzie :)
Moi rodzice też tak mają, wiesz przecież. Taka ich "kondycja ideowa", jasny gwint...
Prześlij komentarz