wtorek, 20 marca 2007

XXVII

Ja to już nie wiem, co to za szkoła jest, w której jestem... Szkoła śmierci, szkoła-zabójca, niszczyciel psychiczny, morderca optymizmu. Jako że nie należę do ludzi uczących się nazbyt często na swoich błędach - należę do ludzi piszących wypracowanie z polskiego na dzień przed Ostatecznym Terminem (który, jak się często okazuje - Ostatecznym jest tylko ze źle dobranej nazwy, ale to ju ż temat na inny elaborat), do godziny pierwszej w nocy, ku wielkiej i entuzjastycznej uciesze całej rodziny, ze mną włącznie. Nastrój mój, w taki dzień, ma zdumiewającą zdolność do wyginania się w rozmaite wzory funkcji, których za chińskiego boga nie chciałbym mieć do opisania na sprawdzianie z matematyki. Zwykle, wraz z upływem bezcennych minut hipotetycznego snu, spędzonych nad rozmyślaniem nad domniemanym występowaniem aluzji literackiej, tudzież tworu aluzjoliterackopodobnego wśród danych wierszydeł, nastrój ów powoli acz sukcesywnie zbliża się do poziomu osi OX, a około godziny 24:00 wygląda już radośnie spod owej osi, szydząc ze mnie w najlepsze.
Zresztą, poza pisaniem jakichkolwiek wypracowań, moja Placówka wypracowała we mnie charakterystyczny rodzaj pracowitości - mianowicie dziwaczny proceder, polegający na odrabianiu lekcji na lekcji przed lekcją, na którą lekcje owe były zadane lekcję temu. Niesamowite to, a dziwne jak nie wiadomo co.
Poza tym - pojawiają się standardowe problemy zdrowotne, związane z niedouczeniem i przepracowaniem - ból głowy i elementów ościennych, zaniedbanie całości ustroju i przemożna senność.
Właśnie.
Chyba pójdę się zdrzemnąć, nim przystąpię do dzisiejszego maratonu...
A dziś na warsztacie: fizyka!

Brak komentarzy: