piątek, 23 marca 2007

Krawężnik.

Zmęczony, wracał z wolna do domu, topiąc szkolne smutki pod przymkniętymi powiekami i w płytkim oddechu, objuczony ciężarem wiedzy teoretycznej, zamkniętej w grzbieciastych przedmiotach różnego formatu. Muzyczny okład z rumianku na przemęczone myśli szumiał mu dźwiękami fortepianu w uszach, prosto ze słuchawek. Dość długo czekał na przystanku, tramwaj nie nadjeżdżał. Jakaś demonstracja, parada, cośtam... Większość przygodnych ujeżdżaczy środków komunikacji miejskiej rozeszła się do innych źródeł transportu, wracając do swoich domów, aby przygotować dzieciom, mężom, żonom ciepły obiad. Piątkowe popołudnie z wolna zamieniało się w piątkowy wieczór. Zbyt nieprzytomny, żeby szukać innej drogi, usiadł na brudnej, żółtej ławeczce, szczelniej owinął się szalikiem przed chłodnym, pseudowiosennym wiatrem i w takiej pozycji stand-by czekał na spóźnionego pana motorniczego.
Po dłuższej lub krótszej chwili nadjechał tramwaj. Nie wiedział dokładnie ile czasu minęło, prawdopodobnie jego mózg przestał pracować w chwili względnego spokoju. Zmęczenie to jedno z najprzykrzejszych uczuć... Plastikowe, ciemnoczerwone siedzenia zachęciły go do wybrania zupełnie pustego, drugiego wagonu. Umiejscowiwszy się dokładnie pośrodku rzędu krzesełek zainstalował się na tyle wygodnie, na ile było to możliwe i przystąpił do wegetacji.
Na rondzie W. tramwaj wybrał zły tor. Przebudzony szarpnięciem, rozejrzał się dookoła, w poszukiwaniu tablicy z numerem linii. No tak, zagapiłem się - pomyślał. Ten też dojeżdża, tyle że inną drogą. Trochę dłużej, ale latanie po schodach zdecydowanie odpada...
Parę przystanków dalej wsiadło dwoje młodych. Pomimo bijącej czerwienią w oczy wolności miejsc siedzących, postanowili wykorzystać je ekonomicznie, zajmując jedno. Cóż, takie prawo. Poza tym dwie dziewczyny o wysokich głosach, mocno podkreślonych oczach i mocno różowych odzieniach. Jakiś żul. Praga - pomyślał. Kolejny przystanek - ciemna wysepka majaczyła w świetle depresyjnych, żółtych latarni. Dwóch facetów w skórach. Krótko przystrzyżone włosy, ciemne jeansy, połyskujące zegarki, zakazane mordy. Na widok dwóch takich - serce od razu przypomina sobie o biciu. Pozostawiam dowolność interpretacji tego zdania.
Odwrócił się do okna. Zasada "nie ma mnie", mówiąca, że jeśli nie widzimy czegoś, co nam się nie podoba, to tego nie ma, była skuteczną metodą spokojnego życia. O tym miał się przekonać za chwilę.
Dwa miejsca, przed i za nim zostały wnet zajęte.
Problem zaczynał zarysowywać się powoli w jego umyśle. Zamaskowanym szalikiem przełknięciem śliny przygotował się do konwersacji.
Mężczyzna przed nim odwrócił się.
Z lekkim łopotnięciem serca wyjął z ucha dźwiękoszczelną słuchawkę. Zdradzieckie logo Sony-Ericssona błysnęło zielenią w świetle mdłych jarzeniówek tramwaju.
-Ej, która godzina?
Jakby cię to coś obchodziło, podstępna gnido.
- Przepraszam, nie mam zegarka.
Pudło.
- Mhm. Ale widzę, że masz telefon.
Trafiony.
- Tak... już sprawdzam.
Wyciągnął powoli aparat i w cieniu oparcia krzesełka przed sobą sprawdził czas.
- Późno już, prawda?
- Tramwaje nie jeździły...
Spojrzał w oczy człowiekowi z przodu.
Niepotrzebnie. Zauważył.
- Teraz robimy tak: dajesz mi telefon. W przeciwnym razie - my dajemy ci wpierdol.
Zasady handlu były mu znane. Ale to i tak mało pocieszający wniosek, w połączeniu z treścią wypowiedzi.
Kolega siedzący z tyłu zachrząknął porozumiewawczo. Niepotrzebnie. Doskonale zrozumiałem, o co chodziło.
- Chwileczkę. Wolałbym uniknąć zarówno pierwszej, jak i drugiej ewentualności.
Możliwość konwersacji (dłuższej lub krótszej, w zależności od zdolności retorycznych oponenta) otrzeźwiła go nieco.
- Co ty pierdolisz, gnoju? Dawaj telefon bo ci wjebię!
Zaskakująca niepoprawność językowa w drugim zdaniu ucieszyła chłopca. ALBO ci wjebię, lamuchu - pomyślał.
- Moment. Szanowny panie. Czy uważa pan, że okradanie biednych uczniów to najlepsza ewentualność? Wie pan przecież, że drugiego telefonu się nie dorobię. Czemu nie skosi pan kogoś, kto może sobie pozwolić na nowy, co?
Trochę to niechrześcijańskie, ale co miał robić?
- Hm. Co o tym myślisz, Grzechu?
Mężczyzna z tyłu wciągnął powietrze którąś z dziurek, z donośnym dźwiękiem "pffffthuum!"
- Kuuuurwa... - powiedział.
- Dobra - powiedział ten z przodu i wstał.
Gwałtownie szarpnął chłopca za kurtkę i postawił go na nogi. Ten z tyłu również wstał i na dobry początek uderzył go pięścią w plecy, w okolice krzyża. Chłopcu zamroczyło się przed oczami. Planowane przez ułamek sekundy kopnięcie frontowego napastnika w jaja wypadło mu z ust, wraz z urwanym westchnięciem.
Pasażerowie wagonu nr 2 odkryli nagle zdumiewająco ciekawe rzeczy, znajdujące się za brudnymi szybami tramwaju. Nawet para młodych zaprzestała swojej śliniącej się działalności i w gorączkowym milczeniu patrzyła na skryty w mroku sklep spożywczy "Iza".
- O kurwa... - wyszeptało się chłopcu.
- Sam, kurwa, chciałeś, gówniarzu! - przez zaciśnięte zęby wycedził kolega Grzesia.

Raz, dwa, trzy, cztery, bolesny oddech przez zaciśnięte mięśnie brzucha. Cios w twarz.
Ciemno.

Strużka krwi, wypływająca ze szczeliny w skrzydłowych drzwiach, utrudniała pasażerom wysiadanie.

- Stary, nie spodziewałem się Ciebie tutaj... - powiedział chłopiec do swojego kumpla, wychodząc z tramwaju.
- Zasiedziałem się trochę u ziomka - powiedział z lekkim uśmiechem.
- Heh, to dobrze się składa, wiesz? - powiedział, krzywiąc się lekko na ukłucie bólu w plecach. - Muszę ci powiedzieć, że nieźle żeś mu dowalił....
- Hehe, dzięki. Ty za to bardzo trafnie kopnąłeś tego z tyłu...
- Tak, cóż... Doprawienie w twarz też nie zaszkodziło - skrzywił się, rozcierając spuchniętą dłoń. - Dzwonimy po karetkę?
- Po co? Na pewno sobie jakoś poradzą. Poza tym - oni by raczej nie zadzwonili.
- Racja.
Minął ich opustoszały tramwaj.

5 komentarzy:

Rafał pisze...

Technicznie niezłe, końcówka słabiej.
Tylko - po co?

Krzysztof pisze...

żeby z nudów nie umrzeć.

Rafał pisze...

Oto tajemnica literatury, tajemnica bytu.

Krzysztof pisze...

PLATOŃSKIEGO BYTU!

Pasqui pisze...

hej hej ho Praskie opowieści! Trzymało w napięciu, wiesz?