Zmęczenie. Tym bardziej dotkliwe, że słoneczne, ciepłe, podwórkowo-spacerowe. Przeciwstawienie zatęchłego smrodu starych ławek i młodych mężczyzn - pięknej, słonecznej pogodzie i światu, który czeka na odrobinę mnie. Ja zaś na odrobinę świata również mam ochotę. Tak na przykład założyć buty na kółkach i pofruwać po asfaltowym niebie. Albo wsiąść na nieistniejący w promieniu 250km rower i pomachać odnóżami ku radości ducha i ku radości ciała...
Na osiedlu, które kiedyś zaadoptowałem, jako moje osiedle, krąży wielu ludzi, którzy kiedyś byli moimi znajomymi. Wyrostek-skateboardzista, który kiedyś był fajnym kumplem z zielonej szkoły. Dwóch wygolonych dresów-opluwaczy chodnikowych, którzy kiedyś byli kolegami ze szkoły. Z jednej strony - nie są to osoby, z którymi chciałbym utrzymywać bliższy kontakt, zwłaszcza po metamorfozie okresu gimnazjalnego, w którym to okresie większość moich rówieśników z podstawówki jeszcze się znajduje... Ale z drugiej strony - szkoda, że tak szybko zapominamy swoje nazwiska, swoje imiona, o tym, że się znamy... Milczenie.
Szkoła dzisiaj zadziałała tłamsząco. WueF kopany, po raz pierwszy od zeszłej jesieni, bez odpowiednich butów - kasza, ale przynajmniej zabawna. Na lekcji etyki - nieetyczna laska za niewinność (brzmi bardzo buntowniczo) i użeranie się półelokwentne z autystycznym i porządnie odjechanym starym nielotem. Nieprzyjemna pani z kasy Rady Rodziców, która miast wyjaśnić, że zamknięte, w bezczelny sposób odsyła do plakietki obok drzwi.
W takich sytuacjach nawet najbardziej cierpliwy z ludzi traci ochotę na bycie uprzejmym. Przełykanie cisnących się obelg i inwektyw działa niedobrze na gardło, ostrzegają laryngolodzy.
Natłok agonalno-apokaliptyczny sprawdzianów i nauki samej w sobie niszczy psychicznie jak spotkanie z urzędnikiem państwowym w piątek po południu, a próby odciążenia poprzez przekładanie terminów sprawiają, że w terminarzu na przyszły tydzień kończą mi się wolne rubryki.
A przecież oprócz tego, jest jeszcze tylu ludzi do spotkania. Tyle książek do przeczytania. Tyle świata do zobaczenia. Tyle słów do wyszeptania na ucho...
Chce mi się rzygać, kiedy myślę o obowiązkach. O tym, jak pojęcie "dnia roboczego" pożera łapczywie soboty, niedziele i święta. O tym, jak nie mogę znaleźć czasu dla najbliższych i najdroższych, z wyróżnieniem Jednej i Jedynej osoby na świecie, która daje mi szczęście. Czy to normalne, żeby chłopak w najpiękniejszych, jak piszą literaci, chwilach swojego życia musiał wyławiać wolny czas z wyczerpujących się zbiorników retencyjnych, i to na dodatek przy pomocy łyżeczki do herbaty? Absurd! Absurd małoapokaliptyczny, w wykonaniu życia. Koszmar.
"Na moją młodość górną i durną"...
Niech to życie da mi wreszcie święty spokój...
P.S.
Pozdrawiam gorąco wszystkich, dla których nie mam czasu. I tych, którzy mnie wspierają. I tych, którzy razem ze mną kurwią na życie, na czym świat stoi. :)
Na osiedlu, które kiedyś zaadoptowałem, jako moje osiedle, krąży wielu ludzi, którzy kiedyś byli moimi znajomymi. Wyrostek-skateboardzista, który kiedyś był fajnym kumplem z zielonej szkoły. Dwóch wygolonych dresów-opluwaczy chodnikowych, którzy kiedyś byli kolegami ze szkoły. Z jednej strony - nie są to osoby, z którymi chciałbym utrzymywać bliższy kontakt, zwłaszcza po metamorfozie okresu gimnazjalnego, w którym to okresie większość moich rówieśników z podstawówki jeszcze się znajduje... Ale z drugiej strony - szkoda, że tak szybko zapominamy swoje nazwiska, swoje imiona, o tym, że się znamy... Milczenie.
Szkoła dzisiaj zadziałała tłamsząco. WueF kopany, po raz pierwszy od zeszłej jesieni, bez odpowiednich butów - kasza, ale przynajmniej zabawna. Na lekcji etyki - nieetyczna laska za niewinność (brzmi bardzo buntowniczo) i użeranie się półelokwentne z autystycznym i porządnie odjechanym starym nielotem. Nieprzyjemna pani z kasy Rady Rodziców, która miast wyjaśnić, że zamknięte, w bezczelny sposób odsyła do plakietki obok drzwi.
W takich sytuacjach nawet najbardziej cierpliwy z ludzi traci ochotę na bycie uprzejmym. Przełykanie cisnących się obelg i inwektyw działa niedobrze na gardło, ostrzegają laryngolodzy.
Natłok agonalno-apokaliptyczny sprawdzianów i nauki samej w sobie niszczy psychicznie jak spotkanie z urzędnikiem państwowym w piątek po południu, a próby odciążenia poprzez przekładanie terminów sprawiają, że w terminarzu na przyszły tydzień kończą mi się wolne rubryki.
A przecież oprócz tego, jest jeszcze tylu ludzi do spotkania. Tyle książek do przeczytania. Tyle świata do zobaczenia. Tyle słów do wyszeptania na ucho...
Chce mi się rzygać, kiedy myślę o obowiązkach. O tym, jak pojęcie "dnia roboczego" pożera łapczywie soboty, niedziele i święta. O tym, jak nie mogę znaleźć czasu dla najbliższych i najdroższych, z wyróżnieniem Jednej i Jedynej osoby na świecie, która daje mi szczęście. Czy to normalne, żeby chłopak w najpiękniejszych, jak piszą literaci, chwilach swojego życia musiał wyławiać wolny czas z wyczerpujących się zbiorników retencyjnych, i to na dodatek przy pomocy łyżeczki do herbaty? Absurd! Absurd małoapokaliptyczny, w wykonaniu życia. Koszmar.
"Na moją młodość górną i durną"...
Niech to życie da mi wreszcie święty spokój...
P.S.
Pozdrawiam gorąco wszystkich, dla których nie mam czasu. I tych, którzy mnie wspierają. I tych, którzy razem ze mną kurwią na życie, na czym świat stoi. :)
2 komentarze:
Się zgadzam się w całej rozciągłości i dzieki za pzdr.
racja!
Prześlij komentarz