Życie to taki dziwny mechanizm o niesprecyzowanych preferencjach. Można je porównywać do wielkiego mnóstwa różnych przedmiotów, zjawisk, stworzeń i wydzielin, dlatego, że nawet jak jest nudne, jest tak różnorodne, że aż nienanizalne (jeśli wiecie, co mam na myśli). Ostatnimi czasy moje własne prywatne publiczne życie zaparza z prędkością ścigacza Kawasaki po wygodnych drogach publicznych, gdzieś z dala od Europy Środkowej. Punkt pierwszy - debaty okswordzkie. Przedsięwzięcie niezwykle stresujące, ale również diabelnie rozwijające. Odpowiedni wkład pracy w przygotowanie merytoryczne i jakieś, częściowo podświadomie rozwijane, predyspozycje własne, sprawiły, że, mimo że nieco psim swędem, udało nam się przejść do półfinału. Prześlicznie połyskująca w rękach prof. M-ki wizytówka nauczyciela retoryki, z pewnością ułatwi nam drogę do pełnego sukcesu i nieśmiertelnej chwały dla nas i dla naszej Szkoły. :] A co do Szkoły i jej Chwały - w ramach przeddebatywnego odstresowywania się podjąłem się niecnej działalności straszenia kandydatów na Cz-wiczów. Było to całkiem przyjemne, ale dało niewiele, bo w czasie debaty i tak uprawiałem radosną dygnitaturę (się dygałem się, w sensie). Ale udało się. Całe szczęście.
Nadchodzący tydzień tygodniem będzie morderczym. Dwa sprawdziany z historii, wypracowanie z polskiego, sprawdzian z fizyki (nie mam pojęcia z czego!), kartkówka ze słówek z łaciny, zaległy sprawdzian z francuskiego... Bosh. Katastroficzne wizje wynikają jedna po drugiej w towarzyskich rozmowach z kolegami. Dużym będzie osiągnięcie, jeśli uda nam się przeżyć. Rafał stwierdził, że głupio byłoby odwalić kitę przed osiemnastką, i po części się z nim zgadzam. Z tego powodu mam zamiar się porządnie nauczyć wszystkiego, co potrzeba (no, może z wyjątkiem fizyki). Ciekawym precedensem jest to, że pierwszy raz w życiu udało mi się zacząć uczyć czegokolwiek w piątek po lekcjach! To może oznaczać tylko jedno - moje życie nie jest jeszcze zmarnotrawione! Może jeszcze będą ze mnie jakieś człekokształtne!
Dzisiaj zaś wybrano mnie na spacer do Parku Skaryszewskiego. Zdążyłem pochwycić aparat i porobić kilka (~200) zdjęć pięknej, pidżamowo-budzącej się przyrody. Trochę błękitu, zieleni i parę promieni UV wpłynęło na mnie dość orzeźwiająco, podobnie jak szklanka Coca-Coli z cytryną (zainspirowana jednym znanym Gitarzystą bez poczucia czasu i który "też jest pojebany"). Po małemu zatem zabieram się za naumiewalność. Jest dobrze. Mam na to dziwnie niezdrową ochotę... :> Świat się kończy, albo zaczyna. Się okaże.
kilka innych zdjęć do obejrzenia, wedle uznania, w galerii: blisko i daleko
Dzisiaj zaś wybrano mnie na spacer do Parku Skaryszewskiego. Zdążyłem pochwycić aparat i porobić kilka (~200) zdjęć pięknej, pidżamowo-budzącej się przyrody. Trochę błękitu, zieleni i parę promieni UV wpłynęło na mnie dość orzeźwiająco, podobnie jak szklanka Coca-Coli z cytryną (zainspirowana jednym znanym Gitarzystą bez poczucia czasu i który "też jest pojebany"). Po małemu zatem zabieram się za naumiewalność. Jest dobrze. Mam na to dziwnie niezdrową ochotę... :> Świat się kończy, albo zaczyna. Się okaże.
1 komentarz:
to, ze zaczołes sie uczyc w piatek świadczy tylko o tym, że ZLE zrobiles! Nigdy nie odmawiaj sobie przyjemnosci w imie nauki...a już szczegolnie nie zostawiaj kobiety o godzinie 16 samej w metrze, kiedy mogłes zostawic o 17.30...
Prześlij komentarz