Zamknąć się w sobie, uciec przed wszystkimi, skryć się w ciemnym lesie, zasiedlić ostoję czystości, nieskalany ludzką nogą grunt spokoju i ciszy. Chcę odejść stąd jak najdalej. Najbardziej boję się ludzi, którzy najlepiej mnie znają. Jak zaszczuta mysz. Chcę tylko siebie, zostać w sobie i ze sobą, pogadać, jak ja - ze mną, i zrozumieć...
Dzwonię, bo chcę ci coś powiedzieć... Nie przerywaj, proszę, pozwól mi dokończyć. Tego, co jest teraz - nikt nam nie odbierze. Prawie idealne życie u podnóża wrót Nieba. Najpiękniejszy czas, jakiego doświadczyłem. Rozpoczęty, a nieskończony rozdział życia, rozdział ostatni przed epilogiem-epitafium, jestem pewien. Udało mi się zapomnieć o tym, co było przedtem. Wytarłem mokrą ścierką zapisane tablice wspomnień, sprzed tego okresu. Ale kiedy tylko usłyszę o tym jednym, ogarnia mnie strach. Boję się. Boję się twojej przeszłości. Nie chcę ścierać się z twoimi dawnymi pragnieniami, twoimi dawnymi myślami i marzeniami. Wszystko, co wiąże się z tym, co było przedtem, jest identyfikowane jako nieprzyjaciel, jako coś, co krzywdzi... Nie wiem dlaczego, nie pytaj. Słowa i obrazy z tamtego czasu mnie atakują. Pewnie jestem szalony. Zapewne wymyślam dziwne problemy, znikąd. Być może. Ale ciągle żyje we mnie ktoś, kto boi się swoich słabości, kto umiera z panicznego strachu przed odrzuceniem. A to, co było kiedyś, zupełnie mnie nie angażuje w swój bieg wydarzeń. A ty stamtąd też nie jesteś tym, kogo kocham... Skoro nie było tam dzisiejszych nas, zapomnijmy o tym. Rzadko i tak jest za często...
Dwutorowy bieg naszych relacji także kłuje. Jesteś dla mnie i ze mną. Jesteś też dla innych, wobec mnie i z daleka ode mnie. To się w jakiś sposób wyklucza. Nasza wspólność żyje, nasza odrębność niszczy.
Mówię o tym, bo źle mi z przestrzeni. Bez powodu. A to chyba dobra okazja, żeby się wypłakać...
Przepraszam. Ta rozmowa nie ma sensu.
Zadzwonię, kiedy wrócę.
Dzwonię, bo chcę ci coś powiedzieć... Nie przerywaj, proszę, pozwól mi dokończyć. Tego, co jest teraz - nikt nam nie odbierze. Prawie idealne życie u podnóża wrót Nieba. Najpiękniejszy czas, jakiego doświadczyłem. Rozpoczęty, a nieskończony rozdział życia, rozdział ostatni przed epilogiem-epitafium, jestem pewien. Udało mi się zapomnieć o tym, co było przedtem. Wytarłem mokrą ścierką zapisane tablice wspomnień, sprzed tego okresu. Ale kiedy tylko usłyszę o tym jednym, ogarnia mnie strach. Boję się. Boję się twojej przeszłości. Nie chcę ścierać się z twoimi dawnymi pragnieniami, twoimi dawnymi myślami i marzeniami. Wszystko, co wiąże się z tym, co było przedtem, jest identyfikowane jako nieprzyjaciel, jako coś, co krzywdzi... Nie wiem dlaczego, nie pytaj. Słowa i obrazy z tamtego czasu mnie atakują. Pewnie jestem szalony. Zapewne wymyślam dziwne problemy, znikąd. Być może. Ale ciągle żyje we mnie ktoś, kto boi się swoich słabości, kto umiera z panicznego strachu przed odrzuceniem. A to, co było kiedyś, zupełnie mnie nie angażuje w swój bieg wydarzeń. A ty stamtąd też nie jesteś tym, kogo kocham... Skoro nie było tam dzisiejszych nas, zapomnijmy o tym. Rzadko i tak jest za często...
Dwutorowy bieg naszych relacji także kłuje. Jesteś dla mnie i ze mną. Jesteś też dla innych, wobec mnie i z daleka ode mnie. To się w jakiś sposób wyklucza. Nasza wspólność żyje, nasza odrębność niszczy.
Mówię o tym, bo źle mi z przestrzeni. Bez powodu. A to chyba dobra okazja, żeby się wypłakać...
Przepraszam. Ta rozmowa nie ma sensu.
Zadzwonię, kiedy wrócę.
1 komentarz:
oj... :*
Prześlij komentarz