wtorek, 6 marca 2007

Egzystencja

Kiedy czytasz tę notkę, mogę już być na innym świecie. Konkretniej - mogę już spać, albo nie spać, wędrować między światami, albo nie wędrować, ale z pewnością mieć wszystko w ciemnej dupie. Ostatnio życie moje toczy się torami kolei żelaznej jakiejś, której dotąd nie znałem i o której znaniu nie myślałem zbyt intensywnie. Moje skupienie na lekcjach jest niejednokrotnie rozpraszane przez jakąś natrętną myśl błahej natury, a senność ogarnia mnie jak misternie tkana przez los opończa ciemnego jedwabiu z wydzierganymi gwiazdkami i generalnie bardzo kiczowata. Sen, jako czynnik regenerujący siły witalne, moralne, fizyczne i umysłowe, postanowił zmienić specjalizację i zostać tramwajarzem. Wczoraj, zasnąwszy o 23:00, obudziłem się o 1:00 w nocy, wypoczęty i gotowy powitać przychodzący dzień. Zorientowawszy się jednak, że to 1:00 właśnie, a nie 6:00, zapadłem w sen ponownie, jednak gdy się obudziłem o godzinie właściwej - wypoczęcie zniknęło, a rześkość odeszła, nie zostawiając po sobie śladu, ni listu pożegnalnego, ani nie zwracając pieniędzy za zakwaterowanie. Po prostuuu... heloł. Moja teoria jest taka, że obudziłem się w nocy nie jako ja, lecz jako ja w innym wymiarze, w czasoprzestrzeni równoległej, w której spałem już dobre 8 godzin i byłem wyspany. Z pewnością, gdybym zadał sobie trud wyjrzenia przez okno, dostrzegł bym latające samochody, interaktywne billboardy i półnagie laski w obcisłych lateksowych uniformach, reklamujące kwantowe proszki do prania z aromatem miętowym. Mogłoby też być zupełnie inaczej, ale po co się ograniczać, prawda? Tak właśnie myślę. Skoro akurat moje palce śmigają po klawiaturze zupełnie niezależnie od od ośrodkowego układu nerwowego, to mogę dzielić się z Państwem wszelaką myślą bądź jej substytutem, który mi przez korę przepłynie. Tak więc dzielę się i rządzę się (też).
Wczoraj wracałem z kolegą Witoldem do domu, krocząc dość raźno praskim osiedlem w stronę znienawidzonego domostwa, którego lokalizacja mnie nie kontentuje i z chęcią zamieniłbym je na mieszkanie dziadków przy Nowym Świecie, ale dziadkowie sie nie dają, no i tu mieszkam, bo lepsze to, niż podmościna. Idąc, prowadziliśmy spontaniczną dysputę na temat niekorzystnych konsekwencji konfederacji targowickiej dla rodziny Potockich i o tym, jak jeszcze w XIX wieku prawdziwi Polacy rozbijali im szyby kamieniami w rocznicę jej podpisania. Tak to, w radosnej atmosferze wzajemnego zrozumienia przemierzaliśmy osiedle, kiedy to nagle, pod spożywczakiem stojący dresiarz pasiasty rzucił nam pod nogi niedopałek i ozwał się tymi słowy w moim kierunku: "No i czego, kurwa, mordę cieszysz, pedale?". Spojźrzeliśmy z Witoldem w jego brzydką paszczę z wyrazem zdziwienia na twarzach, po czym poszliśmy dalej bez słowa. Nie było to najbardziej chwalebne z zachowań, choć zachowanie to zachowaniem było dość samozachowawczym. Dla takich chwil rozważam nabycie na jakimś Allegro paralizatora, który umożliwiłby mi większą swobodę dyskusji, oraz nienarażanie szacownego uzębienia na szwank dokonany kończyną współrozmówcy. Miałbym bowiem ochotę dokonać wstępnego zarysu portretu psychologicznego typowego praskiego obywatela i nauczyć się jakichś ciekawych połączeń międzywyrazowych, których mógłbym później używać w życiu prywatnym i zawodowym. A tu bida z nędzą i tylko uszy spuścić po sobie i odpedalskich wyzwisk słuchać pod swoim aDRESEM. Myślę, że zasługą na tę obelgę było moje ciut za długie, jak na praskie normy, włosie, powiewające swobodnie na wietrze. Mogłem wszak zostać porównany do Chopina, Króla Lwa, albo Człowieka Gorejącej Pochodni... Niestety, nic z tego. Posądzony o pedalstwo, czy też raczej, homoseksualizm, bez wątpienia zamknę się w sobie i wiódł będę żywot niemrawego i średnio towarzyskiego mruka z przetłuszczonymi włosami i dziwnym zapachem z butów.
Czym jeszcze mogę się podzielić z Wami, Drodzy Czytelnicy, ku mojej wielkiej uldze z racji opróżnienia neuronów, oraz, niewątpliwie, Waszej wielkiej uciesze, z racji czytania tak znamienicie skomponowanych wyrazów... Przygotowania do debat okswordzkich idą pełną parą, a przynajmniej na tak idące wyglądają, gdyż na lekcjach bywam rzadko, a swą retorykę i dykcję ćwiczę pod okiem znamienitych specjalistów w półsali nr 2b na pierwszym piętrze naszej Szkoły. Tam też, przy okazji, jest mi dane obserwować życie ptaków nielotów, średnio drapieżnych z racji wieku, a z racji gatunku raczej roślinożernych... Same zalety, nie ma co kryć. Do końca zaś marca mają zostać przedstawione oficjalnie własnowymyślne tematy prezentacji maturalnych z polskiego, o ile takowy własnowymyślny temat planuje uczeń rozpracować na oczach zdumionych profesorów. Problem w tym, że ja w ogóle się jeszcze nad tym nie zastanawiałem, podobnie zresztą zapewne, jak statystyczna większość moich rówieśników. To, że nikt inny wcześniej nie dał nam nawet krztyny informacji na ten temat, jest iście karygodne i oficjalnie sram na tego kogoś.
A teraz chyba wystarczy tych przemyśleń, które w miarę rozwoju akcji stawały się coraz bardziej nonsensowne (a to Ci ironia losu!). Porzucam je na rzecz drzemki, ewentualnie odrobienia pracy domowej. Nie lubię szkoły, nie lubię nauczycieli, nie lubię innych wymiarów, nie lubię nietzschego. Pozdro dla wszystkich, słowem.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Nie lubię Muciasa.

Riverside pisze...

Ty nie lubisz Nietzsche'go, ja natomiast nim gardzę a raczej jego marnymi wypocinami od których na samą o nich myśl chce mi się rzygnąć przysłowiowego pawia. Nie wiem co inni widzą w tej pseudofilozofii,chyba jedynie własne zakompleksione ja.Z drugiej strony śmiać mi się chciało jak kilkanaście lat temu czytałem to chwalebne przez wszystkich gówno zwane zaratustra. Naprawdę są wielkie księgi filozoficzne jak i również obecnych filozofów ale przed zabraniem się za nie trzeba najpierw głęboko otworzyć własny umysł ażeby w nie możliwie jak najlepiej wniknąć. Pozdrawiam szeroko otwartych na prawdziwą wiedzę.