wtorek, 3 czerwca 2008

Człowiek z Gór

Takiego wyjazdu było mi trzeba, mimo że przyniósł zapocone koszulki i bąble na stopach. Wysiłek fizyczny w pięknych okolicznościach przyrody, z doborowym towarzystwem, z perspektywami na wspaniały wieczór w podobnych okolicznościach i z podobnym towarzystwem.

Reintegracja, zbliżenie, poznanie, wspólnota. Życie komunowe i wspólne; wspólne spanie, wspólne niedożywienie, wspólna niedola stóp, wspólne piwo, wspólne gadanie, wspólne siedzenie przy kominku, wspólne śpiewanie pieśni z repertuaru należącego do nieskończoności, wspólne piwo, wspólne gry i zabawy, wspólne śmichy-chichy, wspólne rozmyślania o kobietach, wspólne piwo, wspólne oddychanie, wspólne schodzenia i wchodzenia, wspólny pot i smród, wspólne piwo, wspólna Gorzka, wspólne masaże, wspólne życie. To było tylko kilka dni, ale za to JaaaaKich.

Najfajniejsze było to, co stwierdzam po powrocie do rzeczywistej codzienności, że wszystko tam, włącznie z narzekaniem, było pozytywne. Wszyscy byli pogodni, optymistycznie nastawieni (nie licząc postawy wobec długości szlaku) i uśmiechachachnięci. A teraz, jak wróciłem, to już rzucili na mnie jakieś stresy, narzekania, przestrogi, smutki, strajki i niedołęstwo. Potrzebujecie tego? Ja nie.

Tak więc, mimo że czuję się niepoważnie, jestem zadowolony z tego, że tak, a nie inaczej, spędziłem tych pięknych kilka dni. Teraz kolejne kilka dni będę spędzał inaczej, a nie tak, ale mam nadzieję, że warszawski dzień nie zniszczy wspomnień i dobrego nastroju, jaki przywiozłem z Bieszczad. Albo Bieszczadów. Nie mam pojęcia.

A dalsze plany wakacyjne są już rozbudowane i tylko czekają na powolną, żmudną, lecz sukcesywną realizację.

Cieeeszę się jak dziecko! :)

Pozdrawiam Was, wszyscy górscy Towarzysze. I ani słowa o ziemniakach.

3 komentarze:

Pasqui pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Pasqui pisze...

Przepraszam, że zrzucam na Ciebie moje kwękactwo...
(i , że piszę niegramatyczne komentarze, które potem muszę usuwać:)

alex pisze...

ale może zamiast o bigosie?