sobota, 14 czerwca 2008

Mrok wieczorny

A ja właśnie dodom przylazłem. Tak to jest, niestety, kiedy się ma się młodocianego brata - hiphopowca, który wybiera się na freestyle'owe batalie o cudze dzielnice (Bitwa o Mokotów) i każe się przywozić z powrotem. Takoż oto się stało i takoż oto jutro niewyspan będę w trzy przysłowiowe dupy. Nic to, nic to! Zaskarbiłem sobie wszakże wdzięczność bracicielską, która trwać będzie przez jakiś czas, aczkolwiek trwać nieprzeliczalnie na twardą walutę, gdyż mój brat jest patologicznym sknerą. Trudno.

Murzynki z rana były chyba zadowolone. Znaczy nie bezpośrednio, ale za jakiś czas chyba będą. Sprawa generalnie wyglądała tak, że zaangażowałem się na prośbę koleżanki Natalijki w akcję "Namioty Nadziei" (bardzo chwytliwa nazwa, nieprawdaż?), która zakłada malowanie w różne wzorki namiotów dla uchodźców z Darfuru, który to Darfur jest dzielnicą, można powiedzieć, Sudanu, w którym dzieje się długoletnia wojna, szaleją bojówki potajemnie wspierane i zaopatrywane przez rząd i generalnie trwa sieczka arabsko-murzyńska. Jako że nam się to nie podoba - malujemy, wysyłamy i manifestujemy. Ja na domiar wszystkiego grałem jeszcze na bębnie, jako że bębnienie to moje powołanie. Bębniłem z Natalijką, choć niedużo, a resztę czasu spędziłem na malowaniu na namiocie lwa rozjechanego przez wiele samochodów i to na skrzyżowaniu (był to efekt działań mających na celu namalowanie mu struktury zmierzwionej wiatrem sierści) oraz na nauce podstaw gry na Djembe dzieciom z podkowoleśnej podstawówki.

Generalnie - zabawa na całego i uperdoliłem spodnie akrylem, ale się sprało.
Dobrze, dość już tego, czas mi do łóżka, życzę dobranoc i dzień dobry.

1 komentarz:

Pasqui pisze...

jesteś taki charytatywny;)