Wczorajszy dzień stanowił jedną wielką rowerzastą wycieczkę. Wycieczkę targaną niepewnością jako Scarlett O'Hara targana była namiętnościami w książce, której nigdy nie przeczytałem. Ale może przeczytam, czemu nie. Ponoć nie takie romansidło straszne, jak je malują. W każdym razie - w stanie rowerowej gotowości stawiłem się przed Witoldem w Góraszce o 12:30. Witold, w stanie niepełnej gotowości do czegokolwiek, pierdolił się jeszcze jakieś pół godziny, nim wyruszyliśmy. Mieliśmy w planie wyjazd do Sulejówka i posiadówę u Poli, jednak Poli wystawiła nas do wiatru (żebyśmy mieli z czym przeminąć) i plan spalił na panewce. Na wyraźną jednak prośbę (aczkolwiek uprzejmą) wskazała nam drogę do Lasu. I tak to, wraz z Witoldem, znaleźliśmy się w Atomowym Borze, czyli na wojskowym poligonie leśnym. Zaczęliśmy przezeń popierdzielać, kierując się azymutem Wpizdu-NaWprost. Jak nie było NaWprost, to zaczynały się problemy, które jednak rozwiązywaliśmy sprawdzoną metodą na chybił-trafił, przez co musieliśmy zawracać przez prowizoryczny mosteczek i jakąś błotnistą hałdę. Ale tylko raz. W końcu znaleźliśmy się w okolicach prześwitu, z którego dochodził odgłos przemieszczających się pojazdów mechanicznych. I tak oto, jak planowaliśmy znaleźć się w Kobyłce, znaleźliśmy się w okolicach Zielonki. Dobre i to - pomyśleliśmy, bo wiedziałem gdzie jest Zielonka, z racji posiadania tam babci i dziadka, i jak trafić z Zielonki do Kobyłki. Co więcej dało się zasięgnąć języka u tubylców:
- Dziewczynko, tędy do Wołomina?
- Taak.
Tym sposobem znaleźliśmy się w Kobyłce, gdzie się zapowiedzieliśmy jakiś czas wcześniej, że będziemy. Jeszcze kilka ustaleń z mieszkańcami ("w lewo? ale... acha, to drugie lewo?", "wie pan gdzie jest ulica S.? Nie? To może chociaż kościół?") i oto zabrnęliśmy pod Brzózkę i Dom ukochanej Joasi, która nas przyjęła z uśmiechem i truskawkami. A potem jeszcze z piwem, drugim piwem, lodami, piwem z tequilą i kebabem na koniec. Przyjęcie było wspaniałe. Piwo i ploty lały się wartkim strumieniem, a kiedy przyszło nam wracać - rozrzewnieniu nie było końca. Prawie. Tak czy siak - jadąc z powrotem przez las nie trafiliśmy, rzecz jasna, w tę samą drogę, którąśmy przemierzyli ku Kobyłce, lecz wpieprzyliśmy się w jakiś piaszczysty trakt dla upartych pojazdów pancernych. Mimo to, po chwili zwątpienia i kilku ostrzegawszych "kurwach" oddanych w powietrze, natknęliśmy się ponownie na coś na kształt szosy, nie do końca wiadomo gdzie, ale dokądś prowadzącej. Po jakimś czasie okazało się, że prowadzi do Sulejówka, więc wszystko było w porządku. Trafiliśmy, pogratulowaliśmy sobie udanego wyczynu wyczynowego i ja wsiadłem w autobus do Warszawy, a Witold wsiadł na rower do Góraszki. To był przyjemny dzień.
Dzisiaj zaś roweru nie zażyłem, natomiast doświadczyłem przyjemności okołokulinarnych dzięki przedsięwzięciu: Marta Sz. - Lasagne (feat. Krzywho). Poranne zakupy i przygotowania się opłaciły - posiłek okazał się smakowity jak nic, a ja nauczyłem się go przyrządzać. Wieczór Włoski z Ojcem Chrzestnym i włoskim żarciem staje się coraz bardziej realny. Tymczasem - pora się zbierać na meczu oglądanie u kolegi Alessandro. Sport, sport, sport (tak naprawdę to chodzi o browar, dupy i telewizję, ale czy ktoś musi o tym mówić głośno?). Jutro zaś z rana trzeba będzie pouderzać w bęben w Podkowie Leśnej dla małych Murzyniątek. Ciężki los i napięty grafik, ale takie życie, któż zaradzi?
Życzę wszystkim udanego życia, bo nie wiem jaką inną okazję wymyślić na życzenia.
A, już wiem. DO BOJU POLSKOOO!!!
- Taak.
Tym sposobem znaleźliśmy się w Kobyłce, gdzie się zapowiedzieliśmy jakiś czas wcześniej, że będziemy. Jeszcze kilka ustaleń z mieszkańcami ("w lewo? ale... acha, to drugie lewo?", "wie pan gdzie jest ulica S.? Nie? To może chociaż kościół?") i oto zabrnęliśmy pod Brzózkę i Dom ukochanej Joasi, która nas przyjęła z uśmiechem i truskawkami. A potem jeszcze z piwem, drugim piwem, lodami, piwem z tequilą i kebabem na koniec. Przyjęcie było wspaniałe. Piwo i ploty lały się wartkim strumieniem, a kiedy przyszło nam wracać - rozrzewnieniu nie było końca. Prawie. Tak czy siak - jadąc z powrotem przez las nie trafiliśmy, rzecz jasna, w tę samą drogę, którąśmy przemierzyli ku Kobyłce, lecz wpieprzyliśmy się w jakiś piaszczysty trakt dla upartych pojazdów pancernych. Mimo to, po chwili zwątpienia i kilku ostrzegawszych "kurwach" oddanych w powietrze, natknęliśmy się ponownie na coś na kształt szosy, nie do końca wiadomo gdzie, ale dokądś prowadzącej. Po jakimś czasie okazało się, że prowadzi do Sulejówka, więc wszystko było w porządku. Trafiliśmy, pogratulowaliśmy sobie udanego wyczynu wyczynowego i ja wsiadłem w autobus do Warszawy, a Witold wsiadł na rower do Góraszki. To był przyjemny dzień.
Dzisiaj zaś roweru nie zażyłem, natomiast doświadczyłem przyjemności okołokulinarnych dzięki przedsięwzięciu: Marta Sz. - Lasagne (feat. Krzywho). Poranne zakupy i przygotowania się opłaciły - posiłek okazał się smakowity jak nic, a ja nauczyłem się go przyrządzać. Wieczór Włoski z Ojcem Chrzestnym i włoskim żarciem staje się coraz bardziej realny. Tymczasem - pora się zbierać na meczu oglądanie u kolegi Alessandro. Sport, sport, sport (tak naprawdę to chodzi o browar, dupy i telewizję, ale czy ktoś musi o tym mówić głośno?). Jutro zaś z rana trzeba będzie pouderzać w bęben w Podkowie Leśnej dla małych Murzyniątek. Ciężki los i napięty grafik, ale takie życie, któż zaradzi?
Życzę wszystkim udanego życia, bo nie wiem jaką inną okazję wymyślić na życzenia.
A, już wiem. DO BOJU POLSKOOO!!!

2 komentarze:
do domu Polskooo
co za bęben dla małych Murzyniątek w Podkowie Leśnej?????
Prześlij komentarz