niedziela, 8 czerwca 2008

Ain't life grand?

Pszszszszsz... Życie zdemobilizowanego maturzysty. Ostatnio jest niezwykle wręcz przyjemne. Najpierw wyjazd w góry, potem dwa znakomite koncerty Jarka Śmietany. Następnie dresiarska impreza u Karoli Sz. Potem nieco nieplanowany i nieco kijawy koncert Ledżendy, Boba Dylana, w Stodole. Dzisiaj zaś dorobiłem się bicykla. Jutro być może zapiszę się do dekarczychowatorni. Będzie całkiem zbożnie i pożytecznie. No a teraz ekspandnę nieco niektóre zasygnalizowane powyżej zagadnienia.

Impreza u Karoli Sz. była bardzo american-style. Dom z ogródkiem, hamak, huśtawka (słowa, w których robiłem błędy w podstawówce, na dyktandach na "h" i "ch" :( ), kawał przestrzeni, na który zajeżdżają wypaśne bryki zaproszonych gości oraz bezkonkurencyjny Pussy Wagon, kraty browaru, transparenty malowane farbą rozmaitą, dziewczęta w różu lub w najmodniejszych kolorach sezonu (żółcień, zieleń, biel), chłopcy w szelestach lub domowych popierdalaczach, Aleks w wiejskim pimpie. No i muza, od której włos się jeży na głowicy, gryl, którego trzeba doglądać. No i oczywiście plany, oczekiwania i wątpliwości, którymi kipią znajomi, znajomi znajomych i które wypełniają atmosferę na kształt kisielu instant, który tylko czeka, żeby go zamieszać (żeby nie było grudek).
Przebieg był wielotorowy i wielowątkowy. Z przebiegu owego zaznaczę kilka wydarzeń, a będą to wiejskie popisy motoryzacyjne (ale ile z nich radości!), circa-midnajt-circle-changing (czyli w wolnym i wyrozumiałym tłumaczeniu okołopółnocne zmienianie koła), zatrzaśnięcie się w Poldku w ucieczce przed znajdującą się pod wpływem Karolą-jurassic park-P., nocleg w Renault Clio i entuzjastyczne popierdalanie w stronę Nowej Europy następnego dnia z rana. Wiem, że opis to schematyczny i wybiórczy, ale taki właśnie opis napisałem. Mr. Obvious.

Drugim wydarzeniem zasługującym na recenzję jest koncert Boba Dylana. Powiem szczerze, że nie wiedziałem o nim (koncercie), nie chciałem (przeto) na niego iść, nie słucham Boba Dylana (drugie przeto), doceniam jego wkład w historię rocka, ale uważam go jednocześnie za dość egzotyczny egzemplarz nienasmarowanego zawiasu (jeśli chodzi o wokal) lub skuteczny odstraszacz psów i innej niepożądanej menażerii (jeśli chodzi o grę na harmonijce ustnej). W każdym razie - mój odwieczny kolega zaatakował mnie na Jarku Śmietanie, powiedział, że ma wolny bilet, bo kolega go wystawił (do wiatru), spuścił z ceny, rozłożył spłatę na raty i powiedział, że nie chce iść sam. No to poszedłem. Pojechałem. Popołudniem słonecznym po imprezie u Karoli Sz. Przed Stodołą dopijałem BURNa na odwagę, co stanowczo odradził mi żul parkingowy:
- Nie pij tego gówna, to uzależnia i nic nie daje.
- No ja wiem, ale to tylko raz.
- Taa, raz. Przyznaj się ile tego pijesz dziennie.
- No mówię, że tylko raz.
- No ale tak na serio, powiedz, ile tego pijesz.
- RAZ, po imprezie jestem.
- Aaa, no dobra, chyba że tak.

Wy także weźcie sobie do serca tę przestrogę. W każdym razie - zaparkowałem, wypiłem, weszłem, postałem w poczekalni, a następnie doświadczyłem. A oto moje spostrzeżenia:
- Bob Dylan i spółka prezentują się jak sekstet bluesujących żydów (patrz zdjęcie).
- Dylan robi wrażenie, jakby w czasie swoich melorecytacji usiłował coś wypluć lub przynajmniej zasugerować komuś, że pilnie potrzebuje Strepsilsa.
- Gitarzysta (Żyd albo pastor, trudno stwierdzić) daje radę, dość ostro pocina, fajnie.
- Dylan jest z siebie wielce zadowolony, ale tylko z siebie; ani się nie uśmiechnie do publiki, ani nie pomacha, ani nie podziękuje za aplauz, ani chuj. Antypatyczny dziad.
- Perkusista musiał niedawno dostać nowe talerze, bo wygląda, jakby bardzo się z nich cieszył (ze wszystkich), zapamiętale w nie napierdalając (we wszystkie).
-Piosenki Boba Dylana (grał głównie nowe piosenki, także znałem tylko "Like a Rolling Stone", które zagrał na samym końcu) mogłyby zostać skrócone o jakieś 2-3 zwrotki sztuka, i zapewne w niczym by im to nie zaszkodziło, owszem, pomogło, bo trochę można było przyciąć komara.
- Zespół Dylana gra miejscami naprawdę zajebistego bluesa. Gdyby zespół Boba Dylana grał bez Boba Dylana, który ciągle coś mendzł pod nosem, to byłoby naprawdę fajnie.

Mnie się, jak wynika z powyższego, średnio podobało, ale Zagorzałym Fanom, którzy przyjechali nawet z Niemiec (i najpierw wpierdolili jakieś kiełbaski z grilla a potem spisywali tracklistę na karteczce) bardzo się podobało. Nawet, jak wycinał swoje "anticanis" solówki. Good for them, huhu.

A ponadto jestem wniebowzięty Slash's Snakepitem. Nareszcie zespół, który idealnie trafia w moje hardrockowe potrzeby, nids i erdżys. Dziękuję koledze Aleksowi za uświadomienie (przy Gorzkiej Żołądkowej, o ile dobrze pamiętam). :)

No a dzisiaj mecz, więc DO BOJU, prawda, POLSKOOO!!!

1 komentarz:

Pasqui pisze...

is this a real life?!