środa, 21 maja 2008

Fri Berd

Wolność, Lenistwo, Krajobraz, Plany i Deszcz. Co ciekawe, każde z tych słów ma inną końcówkę.

Dzisiaj pierwszy dzień Absolutnego Braku Zobowiązań (ABZ), a więc myślę, że warto uczcić go kieliszkiem wydzieliny spod palców, zahartowanych w pisaniu o "Lalce", hajłejach, społeczeństwie obywatelskim, Węgrach i komizmie językowym. Wolność czcić zacząłem już wczoraj wieczorem, oglądając Rodzinę Soprano. Czczenie zakończyłem około drugiej w nocy, a rozpocząłem od nowa dziś o 12:00, kolejnymi odcinkami Soprano, śniadanio-obiadem (czyli alternatywnym emo-buntem przeciwko instytucji obiado-kolacji) oraz przepuszczaniem czasu przez odstępy między palcami. Z dwunastej nad wyraz szybko zrobiła się piętnasta, a ja wciąż nic, Soprano i kotlet schabowy, który nieco tylko przypaliłem, ale to nic. Ziemniaczki były za to bez zarzutu.
Po południu - spotkanie z Martą i spotkanie z Klasą. Dokonałem niezbędnej wymiany parasoli, gdyż jeden, olredi nadpsuty, dopsuł się do reszty i wylądował w śmietniku przy przystanku "DH Smyk", a kolejny, w zamian za 12,99, ruszył ze mną w dalszą drogę od Rossmana, przez El Popo, aż do domu, w którym znajduję się obecnie. Z Martą spożyłem Krem Briule, od którego mnie trochę zemdliło (albo, jak mawiał mój braciszek za młodszego młodu, "zemdlałem"), a w Papieżu wciąłem parę naczosów, jakieś pirugi, kilka udków kurczych, nieco sałaty, kieliszek wina i jakiś deserek. Wszystko wspaniale, porozmawiać mi się udało z większością osób, z którą porozmawiać chciałem, no, oprócz Karoli, z którą zbyt długo jednak nie porozmawiałem. No ale nic to, mam nadzieję, że okazja za okazją będą się nadarzać niczym Centrum Mody w Nadarzynie. Nie musicie się śmiać.
Wyjazd w góry może być mokry i zimny, jeśli czegoś ciekawego z nim się nie zrobi. Reszta wyjazdów i wyjść w toku organizacji. W piątek zbiorowe opalanie się, czyli ścinanie włosów (opalanie się - neologizm odrzeczownikowy w formie czasownika zwrotnego, wywodzący się od słowa "pała", oznaczającego kolokwialnie krótko ostrzyżoną głowę) i Emeryt na Pejczyku, czyli Indiana Jones. Jutro zaś - wycieczka do Pieseczna.
Dobra, więcej pisać mi się już dzisiaj nie chce, zaliczę paru Sopranów i idę spać. Przed 2:00, mam nadzieję.

4 komentarze:

Pasqui pisze...

oby! bo w Piasecznie spać Ci nie dam;)

siorb pisze...

nie chcę Cię martwić, ale śniadanioobiad to chyba niestety nie emo-bunt, tylko niezwykle ostatnio modny i lanserski brunch (brekfest+lancz);P

Krzysztof pisze...

shit...

Anonimowy pisze...

jeśli Ty piszesz niezrozumiale, to mnie w takim razie rozumieją wszyscy:) bardzo fajny blog, pozdrawiam serdecznie:)