poniedziałek, 7 maja 2007

Joł

No. Zdaje się, że wróciłem wreszcie. Ździebko opalony, nieco przypalony, quite zadowolony i mocno stęskniony... Kreta jest piękna i w ogóle, pełno wszędzie drzewek pomarańczowych, cytrynowych, oliwnych gajów i chwastów kwitnących przepięknie, ciepło bardzo i słonecznie, ale daleko...

Myślę, że nie będę się specjalnie rozpisywał, bo szkoda na to czasu. Muzeum archeologiczne w Heraklionie było zamknięte z powodu remontu, czy czegośtam, toteż najważniejszych zabytków Krety, zgromadzonych tam właśnie, nie zobaczyłem. Okropnie mnie to wkurzyło, no ale - cóż było robić? Ruiny przeróżnych świątyń i pałaców (w tym Knossos, odrestaurowane przez sir Artura Evansa w sposób niezwykle kiczowy) robiły raz większe, raz mniejsze wrażenie. Koniec końców - teraz to tylko kupa gruzu, jednak świadomość tego, że ten gruz leżał tam też (w nieco bardziej złożonej formie) ponad 2000 lat temu, bywała nieco przytłaczająca. Inspirująca nawet. Ale że były to wakacje - nic z tego nie powstało. :)

Kreteńczycy, jak na południowców przystało, samochody prowadzą na sposób iście furmański. Dla młodego aplikanta do prawa jazdy, uczestniczenie w ruchu takowym ulicznym było niezwykle rozwijające i niezwykle dobrze rokujące na przyszłość. :)

No dobra, nie chce mi się więcej pisać, rzucę może paroma fotkami: PARęFOTEK.

Brak komentarzy: