sobota, 5 kwietnia 2008

Kosmos nas ściga!

Dzisiejszy dzień był zdecydowanie bardziej porąbany od większości dni, które już minęły. :D Enigmatyczne to sformułowanie, ale przyznać należy, że działo się dzisiaj dużo różnych niesamowitych rzeczy, których doświadczyliśmy pospołu z Zielem i Abramem. Trudno mi było wymyślić jak je opisać, przedstawić i sklasyfikować, dlatego postanowiłem opisać je w sposób trochę artykułowo-kronikarski. A wyglądało to wszystko, mniej-więcej, tak.

KURSIK.

Sobotni poranek nie zachęca do spacerów. Właściwie żaden poranek nie zachęca do spacerów, jednak sobotni jest tym, w którym umysł ludzki bezwarunkowo eliminuje wszelkie próby myślenia o wstawaniu z łóżka przed godziną, uznawaną arbitralnie przez organizm, za słuszną do zwleczenia się z wyra. Nasza sytuacja wygląda jednak nieco inaczej.
Trzech mężczyzn.
Dzieli ich wiele (Mokotów, Praga, Służew).
Łączy ich sporo (szkoła, zainteresowania, uroda - choć nie wszyscy są równie urodziwi).
Wkurwia ich jedno - kurs z WOSu.
Sobota, godz. 9:00 - 12:15. Tragedia ludzka rozgrywa się na oczach większej części Warszawy. Innego końca świata nie będzie. Takie sprawy. W każdym razie - budzik nieubłaganie napierdala co 5 minut, trzeba wstać.
Trudy, męki, cierpienia. Wreszcie w szkole. Informacja: kursu nie ma. Skończył się tydzień temu.
Jest 9:00. A my jesteśmy wychujani.
Jedziemy do BUWu.

POŻAR.

W BUWie zasiadamy na miejscach wybranych spośród mnóstwa wolnych miejsc - kto o tej porze siedzi w bibliotece? Praca zaczyna, może nie wreć, ale przynajmniej troszkę bulgotać. Czas płynie. Zielu i Abram czytają o Grochowiaku, żeby zrobić prezentację, która oszołomi AŻ, a ja podchichruję się nad książką o komizmie, która robi się coraz ciekawsza i coraz śmieszniejsza. Moje uporczywe, pełne wyrzutu i powtarzające się w regularnych odstępach czasu poburkiwanie w brzuchu skłania nas do rozważenia wyjścia na kebab, albo nie, do Burger Kinga. Siedzimy jednak i jeszcze trochę i się pouczamy. Wtem - włącza się jakieś pipczenie i chrobotanie. Odwracamy się. Wokół nas zaczynają opadać metalowe, żaroodporne, nieco indjanadżonsowe ściany. W ostatniej chwili rzucamy się, przeturliwujemy na drugą stroną, dosłownie na chwilę przed tym, jak fala uderzeniowa nuklearnej eksplozji rozkłada do atomów przerażone studentki i...
W sumie to siedzieliśmy na swoich miejscach i obserwowaliśmy Murzyna, który wydawał się całą sytuacją niezwykle ucieszony. Czarnuch.
Po chwili zadźwięczał sygnał supermarketopodobnego komunikatu, w którym jakaś pani poprosiła o opuszczenie biblioteki, zasugerowała nie panikowanie i oznajmiła, że się pali. Wyszliśmy. Po drodze do Poldka zobaczyliśmy jeszcze pocinający samochód pełen rozleniwionych strażaków, i był to ostatni akcent gorącego incydentu w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego.

ANETKA.

Dojechać do Złotych Tarasów nie było łatwo. Samochodów co niemiara, tym więcej, że zmieniali nawierzchnię na poddworcowym odcinku Alej Jerozolimskich. Lawirowaliśmy Poldkiem między innymi samochodami, próbując odnaleźć kawałek wolnej przestrzeni. Jedyny, jaki znaleźliśmy, był poważnym wyzwaniem. Miejsce, na naszych oczach opróżnione przez jakiś samochód, znajdowało się o jakieś 15 cm wyżej n.p.m. niż normalnie, a różnicę pokrywał masywny krawężnik, na którym Polonez dokonał samospalenia gumy, ale jednak się podciągnął i zaparkowaliśmy. Grejt sakses, powiem szczerze. Nie od parady mam na imię Krzysztof (yhyhy, to taka aluzja do Roberta Kubicy.) (a nie, sorry, Robert mam na drugie).
Burger King powitał nas czarującym uśmiechem panny (oby!) Anetki. Panna (oby) Anetka była wyjątkowo urodziwą niewiastą, o ciemnych włosach, brązowych oczach, i miała dołki w policzkach. Stanęliśmy w jej kolejce, urzeczeni jej nieodpartym urokiem i przyciągani strumieniem emitowanych przez nią feromonów...
Właściwie, to jej kolejka była po prostu najkrótsza. Samą Anetkę dostrzegliśmy później. Znaczy, ja i Zielu, bo Abram poszedł zająć stolik. Ale po złożeniu zamówienia i skrupulatnym odliczeniu potrzebnej sumy (ten słodki głosik, pytający: "...a nie będzie czterdziestu siedmiu groszy?...") poszedłem do stolika, zalecając Abramowi odebranie zamówienia. Wydawał się wdzięczny, jak wrócił. Po tym, jakeśmy się ożarly, Zielu i Abram zamówili jeszcze dwa Cheeseburgery i stosik serwetek, ja pozostałem przy stoliku, pamiętając o swoim stanie cywilnym. Marta, zanim sięgniesz po wałek prababci, przeczytaj dokładnie powyższe zdanie, bardzo Cię proszę...

MAM KOTA.

Kiedyśmy żarly, przyłączyła się do nas jakaś dziewczyna, która zaproponowała nam ankietkę. Zielu był pierwszy, ale odpadł, bo oznajmił w pytaniu drugim, że brał udział w badaniach rynku w ostatnich sześciu miesiącach. To go widocznie zdyskwalifikowało. Mnie się nie chciało odpowiadać, więc zełgałem to samo. Abram za to zgodził się na ankietkę i musiał odpowiadać na różne pytania, między innymi o status materialny swojego gospodarstwa domowego, i które z wymienionych produktów i osób kojarzą mu się najbardziej z pojęciem "ostrej dzikości". Z przekonaniem zaznaczył tylko Pudziana, a z kobiet - kogoś innego niż wymienieni, bo nie było posłanki Senyszyn.
Kiedy wracaliśmy do samochodu, jakoś troszkę ironicznie nawiązałem do tej ankiety, pytając Abrama o status materialny jego gospodarstwa domowego. Jego odpowiedź zrównała mnie i Ziela z ziemią: "Ja jestem zadowolony... Mam nawet kota!".

W dalszej części wyprawy nie było już tak charakterystycznych wydarzeń, jak te wymienione. Nadmienię jeszcze, że co najmniej miliard razy przejeżdżałem dzisiaj Świętokrzyską i okolicami. Jeżdżenie po Warszawie w sobotę jest tragiczne. Ale nie zmienia to faktu, że dzień był ostro pojechany. Czy może raczej - ostro dziki?

---
Kącik Gratulacji:

Gratuluję:
- Abramowi, za to, że ma nawet kota
- Zielowi, za decyzję nie zabierania płaszcza z szatni, kiedy jeszcze nie było kolejki
- Poldkowi, za to, że podjechał na krawężnik :*
- BUWowu, że nie spłonął
- Marcie, że sprzedała wczoraj OBRAZ!
- Małej, za przetrzymanie braku kącika przez jeden dzień :D

4 komentarze:

Adam pisze...

Kurcze! Zapomniałeś jednak o tym, jak Abram wpadł w histerię z powodu ubrudzonej serwetki, a także o próbach zabrania papierosa lansującemu się kierowcy na Świętokrzyskiej:)
No, ale i tak wyjątkowo dobra notka:) i dziękuję za gratulacje:)

Pasqui pisze...

o bez kitu. BOSKI tekst. Jesteś mistrzem:* powinieneś tego blogaska umieścić w literaturze podmiotu swojej prezentacji

Rafał pisze...

Ha, jednak dobrze, że nie wsiadłem wtedy do samochodu :>

mała pisze...

kącik

faktycznie niesamowicie napisane.