Do Mojego Cichego Boga.
Czas zdrady, męki, śmierci i zmartwychwstania. Święta Wielkiej Nocy. Zbawcza ofiara, otwierająca nam, grzesznym, bramy Wiecznej Radości. Pierwszy raz w życiu poczułem, że przeżywam je jakoś inaczej. Inaczej niż dotąd, tak... ale również - inaczej niż wszyscy. Ostatnio wielokrotnie odczuwałem zwątpienie, złość, znużenie, i czułem, że moja wiara przechodzi jakieś znaczące zmiany. Nie byłem jednak pewien, czy będą to zmiany na lepsze, czy na gorsze. Obchody tych świąt są najwyraźniej punktem kulminacyjnym w całym tym dziwnym procesie. Procesie, który na dobrą sprawę powinien mieć miejsce przed przyjęciem przeze mnie sakramentu bierzmowania, sakramentu Dojrzałości Chrześcijańskiej... Ale z drugiej strony - może to nawet lepiej, że odczuwam to teraz?
Kościół jest instytucją. Prawdę mówiąc, nie jest niczym więcej, niż tylko instytucją, w zamyśle - stworzoną przez Boga, w rzeczywistości - zbyt ziemską, by być czymś wyższym... Odczuwałem już od dłuższego czasu, że Kościół bardziej oddala, niż przybliża mnie do Boga. Chory to stan, nieprawdaż? Przez wiele lat chodziłem do kościoła z przyzwyczajenia, z racji wychowania w rodzinie chrześcijańskiej, byłem częścią tej nieświadomej tłuszczy, która udając, że słucha, udaje, że wierzy. Chociaż... może nie do końca tak to wyglądało. Wierzę w Boga. Wierzyłem w Boga, także. Ale była to wiara naiwna, dziecinna, niedojrzała do granic możliwości. Zrozumiałem to niedawno, paradoksalnie, po raz pierwszy odczuwając niezrozumienie... To w jakiś sposób odcięło mnie od tej części wiernych, tej przeważającej części wiernych, którzy chodzą na msze z zasady, z obowiązku, z racji konwenansów i przyzwyczajeń. Ja zapragnąłem czegoś więcej - nauczyć się rozmawiać z Bogiem, znaleźć drogę do Jego zrozumienia, pojąć, jakim mam być, by zasłużyć na to prawdziwe, świadome zbawienie. Odczułem, że potrzebuję duchowego odrodzenia, a do tego niezbędny jest mi ktoś, kto wskazałby mi drogę.
Kościół, jaki znam, dawno już przestał skupiać się na tym, by w swoich naukach pomagać wiernym w zbliżeniu się do Najwyższego. Z ambon grzmią kaznodzieje-moraliści lub też - kaznodzieje z braku perspektyw, a nie z powołania. Śląc słowa krytyki i nawoływania do nawrócenia, skupiają się na obowiązkach prawego chrześcijanina, nakazach, zakazach... Nie wskazują jednak tego, w jaki sposób zrozumieć, i dojrzale pokochać Boga. Ostatnie rekolekcje wielkopostne - porażka. W ogóle, przygotowanie się do świąt jest bardzo ciężkim zadaniem. Znalezienie odpowiedniego rekolekcjonisty - jeszcze trudniejszym. W moim odczuciu, rekolekcjami powinna być każdorazowa spowiedź. U spowiednika, który potrafiłby skłonić do własnej, głębokiej refleksji, której także my sami musimy chcieć i potrzebować. Odczuwam niedosyt takich sytuacji. Moja parafia jest przesiąknięta nieświadomością, mam takie wrażenie. Ksiądz 1, który na czas kazania kładzie sobie zegarek na ambonie, a którego słowa brzmią, jak gdyby były czytane z podręcznika "homilie dla opornych"... Ksiądz 2, który neokrucjatalnie nawołuje do niszczenia homoseksualistów... I oczywiście całe rzesze starszych pań, odzianych w moher, które ocierają łzy wzruszenia na widok złożenia monstrancji do Grobu Pańskiego, a w czasie święcenia pokarmów narzekają na młodego diakona, który zechciał przytoczyć wiersz, kiepski wprawdzie, ale nakłaniający do myślenia, zamiast pomachać kropidłem i wypuścić. Z kolei inny Pan, trzymając w ręku święconkę, przestrzegał innego Pana, sprzedającego pod kościołem watę cukrową, żeby porcja dla jego córeczki była odpowiednio duża...
Nie chcę już należeć do tej żałosnej zbieraniny Bogu ducha winnych wiernych, którzy odmawiając wieczorny pacierz zasypiają w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Chcę samodzielnie odnaleźć mojego własnego Boga, pojąć tajemnicę zmartwychwstania Chrystusa i sens Jego nauk. Modlę się, żeby udało mi się tego dokonać w te święta, skoro pierwszy krok do zrozumienia mam już za sobą. Wierzę, że jest to możliwe, o ile, oprócz znalezienia pragnienia zmian w sobie, odnajdę kogoś, kto naprowadzi mnie na właściwą drogę. Dzisiaj wybieram się do Dominikanów na obchody Wigilii Paschalnej i Rezurekcji. Wiążę z tym duże nadzieje. Modlę się, żeby się spełniły.
Kościół jest instytucją. Prawdę mówiąc, nie jest niczym więcej, niż tylko instytucją, w zamyśle - stworzoną przez Boga, w rzeczywistości - zbyt ziemską, by być czymś wyższym... Odczuwałem już od dłuższego czasu, że Kościół bardziej oddala, niż przybliża mnie do Boga. Chory to stan, nieprawdaż? Przez wiele lat chodziłem do kościoła z przyzwyczajenia, z racji wychowania w rodzinie chrześcijańskiej, byłem częścią tej nieświadomej tłuszczy, która udając, że słucha, udaje, że wierzy. Chociaż... może nie do końca tak to wyglądało. Wierzę w Boga. Wierzyłem w Boga, także. Ale była to wiara naiwna, dziecinna, niedojrzała do granic możliwości. Zrozumiałem to niedawno, paradoksalnie, po raz pierwszy odczuwając niezrozumienie... To w jakiś sposób odcięło mnie od tej części wiernych, tej przeważającej części wiernych, którzy chodzą na msze z zasady, z obowiązku, z racji konwenansów i przyzwyczajeń. Ja zapragnąłem czegoś więcej - nauczyć się rozmawiać z Bogiem, znaleźć drogę do Jego zrozumienia, pojąć, jakim mam być, by zasłużyć na to prawdziwe, świadome zbawienie. Odczułem, że potrzebuję duchowego odrodzenia, a do tego niezbędny jest mi ktoś, kto wskazałby mi drogę.
Kościół, jaki znam, dawno już przestał skupiać się na tym, by w swoich naukach pomagać wiernym w zbliżeniu się do Najwyższego. Z ambon grzmią kaznodzieje-moraliści lub też - kaznodzieje z braku perspektyw, a nie z powołania. Śląc słowa krytyki i nawoływania do nawrócenia, skupiają się na obowiązkach prawego chrześcijanina, nakazach, zakazach... Nie wskazują jednak tego, w jaki sposób zrozumieć, i dojrzale pokochać Boga. Ostatnie rekolekcje wielkopostne - porażka. W ogóle, przygotowanie się do świąt jest bardzo ciężkim zadaniem. Znalezienie odpowiedniego rekolekcjonisty - jeszcze trudniejszym. W moim odczuciu, rekolekcjami powinna być każdorazowa spowiedź. U spowiednika, który potrafiłby skłonić do własnej, głębokiej refleksji, której także my sami musimy chcieć i potrzebować. Odczuwam niedosyt takich sytuacji. Moja parafia jest przesiąknięta nieświadomością, mam takie wrażenie. Ksiądz 1, który na czas kazania kładzie sobie zegarek na ambonie, a którego słowa brzmią, jak gdyby były czytane z podręcznika "homilie dla opornych"... Ksiądz 2, który neokrucjatalnie nawołuje do niszczenia homoseksualistów... I oczywiście całe rzesze starszych pań, odzianych w moher, które ocierają łzy wzruszenia na widok złożenia monstrancji do Grobu Pańskiego, a w czasie święcenia pokarmów narzekają na młodego diakona, który zechciał przytoczyć wiersz, kiepski wprawdzie, ale nakłaniający do myślenia, zamiast pomachać kropidłem i wypuścić. Z kolei inny Pan, trzymając w ręku święconkę, przestrzegał innego Pana, sprzedającego pod kościołem watę cukrową, żeby porcja dla jego córeczki była odpowiednio duża...
Nie chcę już należeć do tej żałosnej zbieraniny Bogu ducha winnych wiernych, którzy odmawiając wieczorny pacierz zasypiają w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Chcę samodzielnie odnaleźć mojego własnego Boga, pojąć tajemnicę zmartwychwstania Chrystusa i sens Jego nauk. Modlę się, żeby udało mi się tego dokonać w te święta, skoro pierwszy krok do zrozumienia mam już za sobą. Wierzę, że jest to możliwe, o ile, oprócz znalezienia pragnienia zmian w sobie, odnajdę kogoś, kto naprowadzi mnie na właściwą drogę. Dzisiaj wybieram się do Dominikanów na obchody Wigilii Paschalnej i Rezurekcji. Wiążę z tym duże nadzieje. Modlę się, żeby się spełniły.
2 komentarze:
Ja też mam wielką nadzieję, że to Ci pomoże, Kochany! Modlę się o to...A wiesz, mój Drogi (bo skutki tego odczuwasz na sobie), że Dominikanie potrafią człowiekowi pomóc. Mi przynajmniej pomogli zrozumieć wiele rzeczy.Do zobaczenia!
Jeśli gdziekolwiek, to tylko u dominikanów. Nawet mi, niewiernemu, ich kazania coś jednak dają.
Prześlij komentarz