wtorek, 10 kwietnia 2007

Kolor

Rozpryśnięte pospiesznym butem krople brudnej wody z kałuży opadają na zakurzony chodnik. Doganiany tramwaj, pokryty monochromatyczną reklamą, ze zgrzytem hamuje przy brudnoczerwonej budce przystanka. Za zamkniętymi drzwiami przesiaduje kilkoro nieciekawych ludzi w perspektywie brunatnego świata. Przez siatkę sitodruku patrzę na popielatoszare miasto, rozjaśniane błyskami oranżu z przybrudzonych migaczy samochodów. Po paru dniach świątecznej rozłąki bardzo chcę się z Tobą zobaczyć. Kiedy Cię nie ma w pobliżu zbyt długo - zaczynam popadać we frustrację. Kolory świata bledną, dosłownie, jak tego pochmurnego dnia, i w przenośni, której jestem mistrzem. :) Niesłychane myśli przychodzą bez Ciebie do głowy. Straszne i niepotrzebne. Jesteś jedynym środkiem uspokajającym, jaki chcę zażywać. I nie będę tu wstawiał tytułu żadnej piosenki Placebo, bo byłoby to zbyt mroczne, jak dla mnie.
Z czasem kolory zaczęły wracać. Żywe barwy, wyróżniające się wyraźnie na tle brudnych ulic, które dotychczas mijałem. Stanąłem i patrzyłem. A Ty stanęłaś za mną. Wyborna sprawa, nie sądzisz? :) Jesteś lepsza od kolorowanek dla pięciolatków, że tak zasypię Cię komplementem.

Kolor.

2 komentarze:

Pasqui pisze...

:* Cudnie!

Rafał pisze...

Powoli, ociekając szlamem, w nieznośnie szarym płaszczu, wstaje wiosna i rusza w nadziei, że załapie się na lato.