niedziela, 15 kwietnia 2007

Źle mi, ach.

Piękny weekend. Pogoda najurodziwsza od dłuższego czasu. Sprzyjająca spacerowaniu pośród zazielenionych drzew, rozkwitłych kwiatów i hasających bobasów (?). Tymczasem siedzimy sobie w domu, ja i moje permanentne, wrodzone niezorganizowanie, i zadajemy sobie pytania egzystencjonalne, na temat praw rządzących matematyką, światem, szkołą, snujemy plany wielkich czynów i krwawych zamachów, organizujemy wycieczki do St. Petersburga i, co najgorsze, dążymy myślami ku jednej Kobiecie, u której boku być byśmy chcieli i powinni.

Cóż jednak robić, kiedy szkoła niszczy. Kurczę, gorzej. To ja się niszczę szkołą. Osiągnąć niezaambitny wynik 4,0 na koniec roku będzie ciężko, mimo że staram się i pracuję, jak na mnie, całkiem porządnie. W porównaniu do poprzedniego semestru - tytanio.
- Ja?
- Co ja?
- Ja tanio?
- Nie, tytanio - jak tytan.
- A.
- No.

A najgorsze są przypadkowe wpadki, których się nie spodziewamy, na równi z wpadkami, spowodowanymi nastrojem profesorskim, który zmienny jest potwornie. Dziwaczne.

Wspomaga nas muzyka klasyczna. Dzięki Bogu za dar skrzypiec i sopranu koloraturowego. :)

Najwyższa pora skończyć tę notkę. Idę nadwyrężać swój humanistyczny umysł.

Brak komentarzy: