niedziela, 23 września 2007

Żywot dachowca

Na dachu mojego garażu leży sobie od rańca czarny kot, w postaci kłębozwinnej. Leży sobie tak na czerwono-brunatnej blachodachówce, po której za młodu i ja biegałem, jeśli mi piłka wleciała i zlecieć nie chciała. W odpowiedniej porze dnia świeci na niego słońce, w mniej odpowiedniej - nie świeci, ale i tak mu to nie przeszkadza, bo ciepło jest, futro ma, a wicher nie wieje. Leży. Nie obchodzi go nic. Nie obchodzi go wojna krymska 1853-1856, ani następująca po niej odwilż posewastopolska i reformy cara Aleksandra II. Nie obchodzą go aspiracje polskiej młodzieży z lat '60 XIX wieku i nikłe szanse na powodzenie powstania styczniowego. Ma w nosie czy Wielopolski miał rację, czy jej nie miał. A mnie od tego wszystkiego już troszkę łepek pobolewa.

Bismarck & Knopfler + czekolada (70% kakao - na zimno) są mi towarzyszami. A kocur śpi. Może nawet już zdechł. Ale jeśli nawet - i tak by pewnie tego nie zauważył...

2 komentarze:

Pasqui pisze...

zazdrość. kocurem być...ja tez jem czekolade:) Duety roxx.

anka pisze...

mucias jakie ty słowa wymyślasz xD
ucz się bo nie zdasz :p
ale wiara czyni cuda :))