Mam jakieś cholernie nieszczelne okno. Zorientowałem się dopiero przy -15 stopniach. Przez to nie mogę sobie już w poetycki i liryczny sposób przesiadywać przy oknie i obserwować spadających lekko płatków śniegu, ani bajkowo obsypanych nimi gałęzi zziębniętych drzew (a tak naprawdę wypatrywać czy w bloku naprzeciwko ktoś nie zdecydował się na seks przy włączonym świetle). Powodów do kurwicy jeszcze kilka. Po pierwsze - dogryzłem i dodrapałem się wreszcie mojego zamówionego iPoda, jednak żeby tego dokonać musiałem wykonać tuzin telefonów do różnych placówek Poczty Polskiej (niech jej dupsko spenetruje męska część populacji Demokratycznej Republiki Konga), naużerać się z mało pomocnymi pocztówami, a w końcu pójść do mojego osiedlowego urzędu i nakazać odkopanie paczki, która, pomimo zapewnień pracowników urzędu, znajdowała się w nim już od pięciu dni, o czym nikt nie raczył mnie poinformować. Instynkt to instynkt, jednak! Teraz, kiedy już mam tego zasranego iPoda - kolejny powód do wkurwu. Otóż, nie dość, że musiałem zainstalować iTunes, żeby móc go zapakować muzyką, to jeszcze ów iTunes zrobił mi totalny burdel w plikach muzycznych, tak że teraz ni cholery nic nie mogę w nich odnaleźć. Wreszcie - nie mogę się zebrać w sobie i uczyć, bo brak mi jajec, żeby zdecydować CZEGO KONKRETNIE.
Natomiast pozytywnie jest, jeśli chodzi o grę na saksofonie. Idzie mi coraz lepiej, lubię swoje brzmienie (poza sporadycznymi potknięciami), moja intuicja muzyczna też zaczyna już pracować całkiem nieźle, pozwalając mi na nie najgorsze improwizowanie. Ale, żeby nie było zbyt różowo - nie mam z kim grać. A ćwiczenie w pojedynkę nie pozwala do końca na uwolnienie tego niepowtarzalnego, jazzowego ducha, który tkwi w instrumencie i w mojej głowie. Kompanów mi trzeba, muzycznych kompanów!
Jeszcze jedno. Niech to pozostanie niewypowiedziane - właśnie skończył się najgorszy okres w moim życiu. Absolutnie wycieńczający psychicznie. Dziękuję Bogu, że się skończył, i że się skończył dobrze.
1 komentarz:
:*
Też się cieszę:)
Prześlij komentarz