wtorek, 9 grudnia 2008

The winter takes it all*

*analogia do abbicznego statusu opisowego Magdaleny P.
Bo generalnie tegoroczna zima nie jest mi nazbyt przyjemną ani nie wpływa najlepiej na samopoczucie me. Ale o tym już wspominałem. Dzisiaj zaś uderzę w inną nutkę.

Wieczór z prawoznawstwem okazał się nad wyraz przyjemny. Po pierwsze, był (jest) to zaskakująco długi wieczór. Okazało się, że nawet Krzysztof może zasiąść do jakichś czynności edukatywnych przed godziną osiemnastą, i że takie zasięście w niewyobrażalny sposób wydłuża okres, który można poświęcić na przyswajanie, nawet jeśli owo przyswajanie jest średnio intensywne, ze względu na senność, pogodę, oświetlenie, interakcje międzyludzkie i tym podobne perturbacje. Po drugie - po długotrwałym, przepełnionym smutkiem i niepewnością okresie poszukiwań udało mi się odnaleźć w Internecie ścieżkę dźwiękową z Edwarda Nożycorękiego i, po niecierpliwym oczekiwaniu na to, aż któryś z TRZECH dawców da się possać, ściągnąć ów album, który teraz właśnie dostarcza mi niewypowiedzianych rozkoszy akustycznych. Coś przepięknego.

Od zeszłego piątku chciałem podzielić się z blogiem spostrzeżeniem - ostrzeżeniem, że logika to najgorsze zło ze wszystkich zeł tego świata, i że sam szatan musiał ją spłodzić przy wykorzystaniu dużej ilości piekielnego nasienia i przy wyjątkowo intensywnym diabelskim orgazmie (pytanie - z kim? Z Arystotelem, Stagirytą-li?), jednak postanowiłem oszczędzić czas, który poświęciłbym na pisanie tego, na zgłębianie jej złych i diabelskich tajników. Morał tej opowieści powinien traktować o tym, że dzięki temu udało mi się wszystko zrozumieć i pojąć w mig, jednak zawiodę wszystkich czytelników w tym względzie - ni chuja. Wyjaśnienie i olśnienie przyniosły mi dopiero festiwalowe potyczki z logiką w towarzystwie Asi B. oraz poniedziałkowe ćwiczenia z Jackiem P. Tak mi się przynajmniej wydaje, że przyniosły, bo ostatnio swój czas i cache umysłu poświęcam na prawoznawstwo. Zaraz dziś lub jutro to dokładnie sprawdzę.

Stwierdziłem, ponadto, że przydałoby mi się zmienić oświetlenie w pokoju, tak, żeby więcej światła szło z boku, a mniej z góry oraz żeby zabarwić je trochę bardziej na pomarańczowo, co stworzyłoby nastrój chatki z piernika i uprzyjemniło mi przebywanie we własnym domu. Oczywiście nie mam na to pieniędzy i nie wystrugam sobie abażuru z krepiny, więc póki co życzenie owo elektryczno-oświetleniowe pozostanie moją słodką mentalną zachcianką.

Wiekopomnym wydarzeniem w historii mojego rodu było pozbycie się jednego z najmłodszych (po moim braciszku) członka rodziny, który, jeśliby przyjąć odpowiedni dla jemu podobnych punkt odniesienia, wcale taki młody nie był. Mowa oczywiście o Poldku, który znalazł się w rękach Chłopa z Mazur, który zabrał go na Pojezierze, aby nim wozić ziemniaki, hodować kurczaki, rozmnażać dzieciaki i tym podobne wiejskie rzeczy robić. Niech mu lekkim będzie. Breloka z PussyWagonem oczywiście mu nie oddałem. ;) W zamian za Poldka w rodzinie pojawił się nowy pojazd, w którym jestem zakochany po uszy. I to tyle z transferów motoryzacyjnych.

I to tyle w ogóle, zdaje mi się. Dziękuję za uwagę.

3 komentarze:

lady aldonna pisze...

Muuciuś! fura i komóra? no to jeszcze skóra :>

a ja nic nie robię i jestem tym przerażona :(

mała pisze...

"nastrój chatki z piernika"? :) śliiiczne :*

nie martw się, za tydzień cię odstresujemy.

PS. NIGDY nie jechałam twoim poldkiem. nigdy nie brałeś mnie w aucie...

Pasqui pisze...

Spróbowałby! Juz bym mu w ramach zemsty za zdradę koncertowo tego poldka rozbiła. Jestem dobra w rozbijaniu samochodów.