czwartek, 30 października 2008

Mucias and meandry technologii

Krzysztof zawsze był chłopcem ciekawym świata. Interesowało go wszystko, począwszy od kolorowych karteczek do segregatora, a skończywszy na narządach płciowych koleżanek z drugiej klasy podstawówki. Dlatego też poszerzał swe horyzonty we wszystkich kierunkach, a światłość jego umysłu otaczała go kołem jaśniejącym pośród ciemności Nieznanego, jako pole widzenia bohatera gry strategicznej. Brnął toteż przez życie, imając się różnych koników i w różne strony kierując swe zachłanne zainteresowania. Każde hobby wnosiło coś ciekawego i pouczającego do jego życia, między innymi strzępy terminologii, umiejętności praktycznych, wiedzy ogólnej i szczególnej a także szacunek laików oraz uprzejme rozbawienie specjalistów w poszczególnych dziedzinach wiedzy.

Wraz z podejmowaniem decyzji o wyborze liceum ogólnokształcącego i oddziału klasowego w tymże, Krzysztof dobrowolnie przyjął na siebie upośledzenie humanizmu. Defekt ów psychiczno-społeczny nie przeszkadzał mu jednak zanadto w poszerzaniu zasobów swej wiedzy informatycznej na tyle, na ile mu to było potrzebne. Jego znajomość techniki i niezbyt starannie ukrytych tajników informatyczno-technologicznych przysporzyła mu opinii Pierwszego wśród Technicznie Obeznanych Humanistów oraz mnóstwo satysfakcji i samouwielbienia.

Pewnego październikowego dnia Krzysztof, posiadający takie zaplecze mentalne, postanowił zaopatrzyć się w laptopa, aby móc bez przeszkód korzystać z dobrodziejstw komputeryzacji, takich jak edytory tekstowe, gry, odtwarzacze multimedialne oraz dostęp do Sieci, w miejscach, w których piastowska tradycja takich rozrywek nie przewiduje. Zaopatrzywszy się więc w kolegę, którego wykształcenie i erudycja informatyczna zawierała w sobie kilkudziesięciokrotność jego własnych zasobów, wybrał się na rajd po znanych i mniej znanych przybytkach finansowej rozpusty, gdzie porównywał, oceniał, cmokał z dezaprobatą i nie tłumił entuzjazmu na przemian. Sobotnia górna granica czynności jednego z atrakcyjnych ofertowo sklepów uniemożliwiła mu jednak natychmiastowe nabycie ekstremalnie wypaśnego urządzenia, dlatego też cmoknąwszy kilkakrotnie z dezaprobatą oraz otarłszy łzy zawodu, udał się Krzysztof z kolegą do KFC, przysięgając sobie i Niebiesiem powrót po wymarzone ustrojstwo w najbliższym możliwym czasie.

Czas ów nastał wraz z nadejściem Dnia Drugiego, kiedy to Bóg miał majstrować coś przy wodach. Prawda, popadywało od czasu do czasu. Amatorka. W każdym razie - wybrał się Krzysztof do sklepu atrakcyjnego ofertowo, i wraz z ustąpieniem odrzwi pod naciskiem jego dłoni,napełniła go taka ulga i błogość, że natychmiast przylbiegli fotografowie od reklam Ptasiego Mleczka, gotowi uchwycić tę chwilę i wykorzystać w swej kampanii, lecz ten, opamiętawszy się, przepędził ich sękatym kijem i omelał im obiektywy. Już po chwili salomonowe wnętrze świątyni podzespołów urzekło go tysiącem barw i mnogością przyjaznie uśmiechniętych konsultantów. Do jednego z nich podszedł Krzysztof, jeśli nie podleciał na skrzydłach euforii i skowrończym głosem zażądał wydania laptopa jego marzeń, opatrzając jednocześnie owo romantyczne określenie odpowiednim zestawem literek i cyferek. Uśmiechnięty konsultant wyszukał odpowiedni obiekt w systemie komputerowym, jednak zaznaczył, że "ojej". Krzysztof w te pędy otworzył oczy, a obraz niesamowitych bezprzewodowych wyczynów rozmył się pod napływem promieni słonecznych i lampianych. Poprosiwszy o wyjaśnienie wykrzyknienia i uzyskawszy je, Krzysztof oniemiał z przerażenia. "O w mordę" orzekł, zaprzeczając tezie o oniemieniu. Konsultant ze smutkiem objaśnił mu, że wahania kursu dolara amerykańskiego, choć trudno w to uwierzyć, mogą spowodować wzrost ceny laptopa o 700 złotych w ciągu dwóch dni. Krzysztof z trudem przełykał tę wiadomość, w związku z czym poczęstował się cukierkiem, co ułatwiło mu przełykanie. Nakazawszy konsultantowi czekać na posterunku, popędził do tramwaju, który zawiózł go do bardziej znanego sklepu z oprzyrządowaniem elektronicznym, który jednak okazał się być, wbrew wcześniejszym wybuchom krzysztofiego entuzjazmu, magazynem barachła o nieprzyzwoicie wysokich cenach. Wrócił zatem Krzysztof do mniej znanego sklepu, prosząc wiernego konsultanta o doradztwo inwestycyjne i wyciągnięcie asa z rękawa. Pokrzepiony nieco kuglarską sztuczką skłonił się ku przedstawionej mu propozycji, a następnie, skłoniwszy się, zupełnie się zapalił. Kilka szklanek niegazowanej przywróciło go do stanu używalności, tak że mógł podziękować panu konsultantowi za wspaniałą pomoc, po czym uiścić stosowną opłatę (o wiele rozsądniejszą od dopłaty 700 złotych do ceny początkowej uprzednio wymarzonego laptopa) i wynieść sprzęt do domu.

W domu, zachwycony nowym nabytkiem, poświęcił mu wiele uwagi i troski. Poświęcił mu wiele uwagi, nabytek zaś przysporzył mu trosk, jako że nowoczesny system operacyjny od Microsoftu postanowił wyjątkowo nie być user-friendly i chować przed Krzyszofem wszelkie opcje, które w poprzednim systemie leżały na ulicy i w świetle punktowych reflektorów. Krzysztof więc, nieustraszenie, z uporem ambitnego humanisty, pokonywał kolejne przeszkody. Zainstalował aktualizacje programów. Uaktywnił wersję testową pakietu Office. Zarejestrował i uruchomił ochronę antywirusową. Nauczył laptopa pisać "ć". Doinstalował wszystkie potrzebne aplikacje i dorzucił paręset megabajtów muzyki. Tak minął wieczór i poranek.

W niedalekim odstępie czasu od wyżej opisanych zdarzeń Krzysztof postanowił zainstalować sobie w domu sieć bezprzewodową, aby laptop nie był do budy uwiązan, a funkcjonalnym być pozostawał. Wspiąwszy się na wyżyny swoich humanem ograniczonych możliwości poddał się i zadzwonił do znajomego, który pomógł mu przejść przez mordercze procesy konfiguracji, które nie miały nic wspólnego z kreatorem z płyty CD, którego usiłował zaklinać Krzysztof. Telefoniczna pomoc znajomego okazała się jednak niewystarczająca, jako że złośliwy router nie chciał współpracować do końca, utrzymując resztki honoru po przegranej batalii o dostęp do internetu przy pomocy odmowy uruchomienia dodatkowych funkcji. Krzysztof przyjął porażkę ze stoickim spokojem, tarzając się po podłodze, waląc pięściami we wszystko w zasięgu rąk oraz bluźniąc i złorzecząc. Po jakimś czasie jednak doszedł do siebie i postanowił przedsięwziąć ze znajomym ofensywę na administrację routera w jak najrychlej rozpoczętej kampanii. Kampania zaplanowana została na stosunkowo późny piątkowy wieczór, ale jako że okazało się że przyjechał dawno niewidziany Wujek z Sopotu, dobajerowywanie routera trzeba będzie przełożyć. Niemniej jednak - cel został połowicznie zrealizowany, laptop nie potrzebuje denerwującego szarego kabla.

Duma jednak i ambicja Krzysztofa nie dadzą się tak łatwo zaspokoić...

16 komentarzy:

Pasqui pisze...

Duma i uprzedzenie:) Kiedy moj laptop nie chciał złapać internetu z mojej własnej skrzyneczki, to zmusiłam go do podkradania sąsiadom. Az w końcu Acer przestał się obrażać na moj domowy komputer i zaczął pobierać normalnie. Emocjonalne bestie, te komputery.

kask pisze...

no ładnie, ładnie. kosmogonia, komputer swiatem jak u Tokarczuk (i wielu innych, ale tylko ją se przypominam - -'), zabawnie, zgrabnie i w ogole. ale kurwa nie rozumiem. Dziala to cholerstwo czy nie? :P
(poza tym na twoim miejscu nie bralabym microsofta. ja sie zaczela ich autentycznie bac. jestem swiecie przekonana, ze za pomoca aktualizacji gates moze sledzic kazdego i kiedy mu zabraknie kasy, to wytropi tez wszystkie pirackie windowsy, a aktualizacje potrafia wyczaicpirackosc i doniesc, i wytoczy im procesy. w kazdym razie - boje sie kazdego globalnego oprogramowania jak chuj!)

Krzysztof pisze...

ale ja nie umiem linuxa, a poza tym mam oryginalnego windowsa nabytego razem z laptopem, więc nie ma strachu. ;)

a co do działania - laptop działa, internet bez kabla też, tylko nie jest do końca odpowiednio zabezpieczony. ale da się działać! :)

Rafał pisze...

Kask, każdy kto ma komórkę może być zlokalizowany z dokładnością do 100metrów. W Warszawie jest paręnaście tysięcy kamer publicznych i przemysłowych. Masz PESEL, do cholery, i boisz się Office'a? :D

A tak w ogóle, to polecam Apple - mam już niemal rok i ani razu (!) się nie zawiesił.

kask pisze...

nie chodzi o to, ze wszyscy wiedza, gdzie jestem i ze generalnie funkcjonuje jako numerek na liscie. Chodzi o ingerencje w moja prywatnosc. Skoro moga robic aktualizacje (a orginalne windowsy maja je przeca tym bardziej) i sprawdzac takie rzeczy jak orginalnosc oprogramowania, a przy tym nigdy niczego nie aktualizuja, o ile sie orientuje, to znaczy, ze ktos gdzies tam na gorze ma dostep do mojego kompa i w chwili zagrozenia nedzna budna gdzie sie masturbuja grubasy zamieni sie w centrum dowodzenia i kontroli nad wirtualna czescia mojego umyslu. Ot co. Tak mowie ja, Kask!

(kamery tez nas sledza. Na szczescie nie na moim osiedlu, ale np UW ma zarejestrowany kazdy moj krok pod sala 205, gdzie mamy wyklady z racji braku sali wlasnej. tak wiec kurde co z tego, ze Orwell nas uswiadomil, skoro jest kurde coraz blizej do tego piekielnej wizji!?)

nie mowiac juz o tym, ze prawo ingeruje w coraz to bardziej szczegolowe aspekty mojego zycia, stara sie regulowac wszystkie jego przejawy i traktowane jest jako rozwiazanie na wszystko. chuja! nie wierze w prawo, kurna! jestem czlowiekiem i prawo jest we mnie, to ja je stanowie! wiec co oni mi tu kurwa beda ja pierdole!
oglaszam ostateczny upadek czlowieczenstwa.
pozdro600

Rafał pisze...

Kask, będzie z Ciebie libertarianin! :D

Krzysztof pisze...

No nie no, kurwa, dlaczego kres ludzkości musi się zaczynać akurat na moim blogu? Nadejdą nowe cywilizacje, będą prowadzić badania i wyjdzie na to, że to wszystko moja wina! Nikt nie zapyta: kto wymyślił tę teorię, albo kto zapoczątkował ten proces, tylko wszyscy skupią się na tym, że miało to miejsce na moim blogu! Więc jeśli masz już do ogłaszania takie nowości, to rób to gdzieś indziej, albo w ogóle nie ogłaszaj, i w potyczkach z prawem zdaj się na ludzi, którzy się na tym znać będą, czyli mnie!

Lekkomyślny Kasku!

Unknown pisze...

wystarczy nie zainstalować servicepacka 3, zamiast pozwolić automatycznie zainstalować aktualizacje to zrobić to ręcznie, odznaczywszy aktualizację sprawdząjącą oryginalność OSu i voila.
a resztę akt. wchodzących w skład sp3 i tak masz, bo sp3 jest niczym więcej jak zbiorem aktualizacji, niczym nowym.
kask, zamiast się bać, orientuj się.

kask pisze...

nie libertarianin, tylko kurwa kosmonauta. Bo zadne nowe koncepcje nie przyniosa rozwiazania, wrecz przeciwnie, a jedyna opcja jest wsadzic dupe do sputnika.
problemem jest wlasnie rozpatrywanie przyszlosci i zycia i swiata itp w ustrojach, tak jakby najpierw byla koncepcja, a pod nia czlowiek. tymczasem to jest jakis absurd totalny i ja go pierdole. pierdole ten absurd! nikt mi nie wmowi, ze istnieje cokolwiek poza tym, ze jestem tutaj ja i ze jestescie tutaj wy i trzeba przebrnac te droge od narodzin do smierci jakos razem. to wlasnie jest czlowieczenstwo. (i Goethe sie chuja znal! chuja, mowie!)
wiec pierdole ten absurd po raz wtory.
wasz lekkomyslny kask, ktoremu racje przyznaja dzieje i pozny wnuk!

Unknown pisze...

kask poprzeklinał jak stary dobry kask ;)

kask pisze...

maciek mnie zniszczyl - -"

Rafał pisze...

Mucias, nie kasuj nigdy tego bloga bo te kaskową Improwizację trzeba zachować dla potomnych :D

Matylda pisze...

"nie libertarianin, tylko kurwa kosmonauta. Bo zadne nowe koncepcje nie przyniosa rozwiazania, wrecz przeciwnie, a jedyna opcja jest wsadzic dupe do sputnika."

total rozczul!

Unknown pisze...

tak
"tymczasem to jest jakiś absurd i ja go pierdolę! pierdolę ten absurd"
wymiata.

Krzysztof pisze...

Niezwykle wprost apokaliptycznie się zrobiło. Kaszczek musiała coś zażyć i teraz widzi więzy, którymi pęta ją państwo i ustrój. A przecież nic się drastycznie nie zmieniło w ciągu ostatnich paru lat...

kask pisze...

jak dla mnie to drastycznie sie nic od starozytnosci nie zmienilo.