czwartek, 11 września 2008

USOS - Zagubieni

Pomyślałby kto, że rok akademicki rozpoczyna się dopiero pierwszego października. Nawet biorąc poprawkę na uroczystą inaugurację  - najwcześniej 29 września. Nic z tego. Sprawa nie jest bowiem taka prosta. Nowoczesny i skomputeryzowany Uniwersytet Warszawski jest bowiem matką wynalazku zwanego Uniwersyteckim Systemem Obsługi Studiów, czyli USOSem właśnie. System ów, którego skrótowiec wymawiany jest przez studentów z trwożnym zająknięciem, pochwycił w szpony również zestaw młodzieży z rocznika '89, ze mną włącznie, rzucając wyzwanie na internetowy pojedynek.

Młodzi, nieopierzeni jeszcze prawnicy, bo z nimi to dzieliłem niedole rejestracji, stanęli do walki nieświadomi grozy sytuacji i nieobeznani z fortelami przeciwnika, który zresztą zaskoczyć potrafi nawet starych wyjadaczy. Wezwanie do walki pojawiło się w studenckich domach już wcześniej, w liście prorektora Wydziału Prawa i Administracji, który, z pozoru niewinnie, informował o konieczności zalogowania się do systemu po 8 września br. Dnia więc owego, od bladego świtu, obwieszczanego biciem dzwonami na Anioł Pański w pobliskim kościele, próbowałem zapoznać się i zaprzyjaźnić z USOSem. USOS jednak nie przejawiał chęci współpracy, ani nie dawał mi żadnych możliwości działania na polu rejestracji na przedmioty. Po pomoc postanowiłem zwrócić się do najbardziej opiniotwórczej i oczytanej wyroczni XXI wieku, to znaczy na grono. 

Na gronie WPiA mojego rocznika trwał już w najlepsze harmider i zamęt, spowodowany lawiną pytań od adeptów sztuki prawniczej, motywowanych tymi samymi, co ja, powodami. Po kilku atakach histerii i nieśmiałych złorzeczeniach pojawił się wreszcie post, informujący o tym, że rejestracje rozpoczynają się o godzinie 21.00. Poczekaliśmy więc do 21.00 i zaczęliśmy imprezę w rytm zawieszającego się serwera oraz braku wolnych miejsc.

Acha, zapomniałem objaśnić, że dnia owego pamiętnego, nie znając dnia ani godziny (zajęć) (bo nie mieliśmy jeszcze planu) (właściwie, to nie mamy go do dzisiaj) trzeba nam było rejestrować się na zajęcia z puli ogólnouniwersyteckiej (tak zwane OG-UNy). I nie byłoby w tym tragedii, wręcz przeciwnie - to znakomita okazja na poszerzenie swoich horyzontów o wiedzę z innych dziedzin nauki i z innych wydziałów uczelni, gdyby... Ano właśnie. Gdyby nie to, że znakomitą większość miejsc pozajmowali już studenci starszych roczników, którzy mają z urzędu pierwszeństwo przed nami, jeśli chodzi o rejestracje wszelakie. Jestem przekonany, że już za rok fakt ten nie będzie mi przeszkadzał w zupełności, jednak teraz wydaje mi się on uciążliwym i niesprawiedliwie dyskryminującym.

Tak czy siak, po godzinach przeszukiwań listy ogunów, w celu odnalezienia wykładów interesujących ^ wolnych (spełniających oba te warunki, na zasadzie koniunkcji), udało mi się zapisać na dwa, a następnego dnia, po przeczytaniu na gronie postu, który mnie zachęcił i zmotywował, na trzy oguny, z czego jeden jest o Murzynach, jeden o antropologii politycznej, a trzeci o biznesie (w telegraficznym skrócie). Był to również dzień, w którym najwięcej czasu w historii przesiedziałem na gronie. Było to przeżycie traumatyczne. Mam na myśli rejestrację, a nie siedzenie na gronie, chociaż to też nie jest zbyt zdrowe dla psychiki.

A to jeszcze nic! Kiedy okaże się, że któreś z tych ogunów kolidują z planem zajęć obowiązkowych, który pojawi się w okolicach 15 września, wtedy zaczną się jaja. Dlatego też zarejestrowałem się na trzy, żeby zająć tam sobie miejsce, a potem ewentualnie zrezygnować. W końcu pozostają jeszcze wykłady specjalizacyjne dla prawa, na które warto się zapisać.

Słowem podsumowania - UW daje w kość, jeszcze zanim przestąpi się jego progi. Jego odrzwia. Jego portyk. Jego Bramy Jeruzalem.

Mam nadzieję, że ten post nie jest zanadto bełkotliwy. 
Acha, a tytuł to przezabawne nawiązanie do jednego z amerykańskich seriali, emitowanych również w Polsce. Czy komuś uda się zgadnąć, o który mi chodzi? Hihi, ale zabawa.

+ ++
A propos seriali - załamałem się, jak zobaczyłem dzisiaj wielki poster z reklamą nadchodzącego do TVN serialu "BrzydUla". Podejrzewam że jest to upupiona tragicznie polska wersja amerykańskiego serialu "Ugly Betty" (Brzydula Betty). Nie dość, że zrzynają, to jeszcze tytuł kijowy. Niech żyje polska kreatywność.

2 komentarze:

Pasqui pisze...

wirującego seksu i tak nic nie przebije...

siorb pisze...

jak dobrze, że ASP jest 100 lat za Murzynami i nie ma niczego na kształt USOS'a ;P