piątek, 5 września 2008

Najdłuższy dzień wakacji

Zmieniłem Twój adres, Mała, ale tylko suki piszą na ownlogu, więc generalnie ssiesz. Pozdrawiam.

Wieczorowa pora jest idealną na jazdę na rowerze po Warszawie. Uprzejmi kierowcy omijają cię szerokimi, bezpiecznymi łukami. Inni rowerzyści, z którymi niemalże się zderzasz, uśmiechają się przyjaźnie. Znaki drogowe odpowiadają błyskotliwie na błyski twojej błyszczącej lampki. Nastrojowy nastrój nastraja nastroje nas trojga (mnie, roweru i nocy). I nawet rzadko pokapujący kwaśny deszcz ładnie pachnie cytrusem.

A cała ta poezja, i wszystkie te doznania, i cały ten stylistycznie katastrofalny wstęp do notki to nic, jak tylko opis wieczornej przejażdżki na trasie Praga Południe - Służew Nad Dolinką (czy też Mokotów jeszcze, hm?), która zakończyła się w domu Zielonego kolegi. W domu owym, oprócz idealnie regenerującego, pięciogodzinnego snu, w godzinach 23.30-04.30, zaznaliśmy także mocy wrażeń, związanych z oglądaniem Batmana (z 1989 roku). Jakże zmienia się percepcja takich filmów na przestrzeni dziejów (naszych). Jeszcze dziesięć lat temu wydawał się taki przerażający i taki doskonały, a teraz... No cóż. Teraz wydaje się on cokolwiek zabawny. Cóż, Tim Burton go zrobił. A dziesięć lat temu o tym nie wiedziałem. A nawet jakbym wiedział, to nic by mi to nazwisko nie powiedziało. A teraz mi mówi. Hoho, jakiż ze mnie kinematograficzny erudyta!

Dobrze, teraz czas na pytanie: po cholerę jeździć ciemną nocą na Służew (czy też Mokotów jeszcze), oglądać Batmana, nocować i wstawać o 4.30. Powód jest prozaiczny jak samo życie - konieczność załadowania darów pomocy humanitarnej dla Gruzji do samolotu prezydenckiego na lotnisku wojskowym Warszawa-Okęcie.

Cała akcja polegała na tym, że dałem się wciągnąć w honorową współpracę z ZHR oraz Zakonem Kawalerów Maltańskich. Moje poczucie honorowości oraz instynkt poszukiwacza przygód zawiodły mnie więc o tak tragicznej porze w tak niedostępne ostępy. I to jeszcze w tak karkołomną misję, bo przyszło nam przeładowywać artykuły spożywcze, sanitarne i medyczne o łącznym ciężarze pięciu ton, na trasie furgonetki - taśma z rentgenem - furgonetki - Air Force One. Owszem, artykuły owe bowiem frunęły do Dżiordżji samolotem prezydenckim. Załadowaliśmy go po dach, po sufit i po pachy, zlustrowaliśmy ze wszystkich stron, a ja nawet zaliczyłem zjazd po poręczy ze schodów. :D Było niezwykle śmiesznie. Praca trwała od 6.30 do 10.00, mimo że przewidywaliśmy maksymalnie dwie godziny robocizny. Okazało się jednak, że współpraca z wojskiem oraz strażą graniczną nie gwarantuje nadzwyczajnej sprawności działań, mimo że tak by się mogło wydawać.

Po tej niesamowitej przygodzie udaliśmy się z Zielonym kolegą do kina na relaksacyjnego Mrocznego Rycerza (jego pierwszego, mojego trzeciego). Jeszcze później zaś przypedałowałem wielkim nakładem sił z Wałbrzyskiej na Polną, pocąc się przy tym jak dzika świnia. Pominąwszy jednak ten fakt, uważam dzień dzisiejszy za udany, jako że trochę później porowerowaliśmy sobie jeszcze z Martą po Polach Mokotowskich, wśród jeziorek, fontann, drzewek, blond-bobasów w jarzębinie i innych rowerzystów, których, ku mojej wielkiej ekologicznej uciesze, jest w Stolycy coraz więcej.

To tyle, pozdrawiam w imieniu Air Force One Teamu. :)

6 komentarzy:

Adam pisze...

Ton było dziesięć gwoli ścisłości.

siorb pisze...

to koniec.

Anonimowy pisze...

"tylko suki piszą na ownlogu, więc generalnie ssiesz"
dobrze, że to nie do mnie, bo nie wiedziałabym, czy się obrazić, czy to komplement... nic nie rozumiem, ale myślę, że obraziłabym się
a na razie buziaki, dla Ciebie jeszcze wakacyjne, Szczęściarzu :)

Krzysztof pisze...

too tylko elementy podwarszawskiego slangu. nie powinno to nikogo specjalnie bulwersować. :]

mała pisze...

wcale nie ssię, dziwko:*

Pasqui pisze...

ach...było zielono i bobasowo-fontannowo. I nawet sosny trój igielne były.