piątek, 26 września 2008

BKB, czyli "Tak się bawi WPiA"

Jakby tu zacząć... Przed wyjazdem na Lucień zastanawiałem się nieco nad tym, jak będzie wyglądać ta cała "integracja". Podejrzewałem w skrytości swej mrocznej duszy, że pragnienia cierpieć tam nie będziemy (wszyscy wiedzą, co mam na myśli), jednak to, co uskuteczniane było przez bite siedem dni w ośrodku wypoczynkowym "Universitas" przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Działalność nasza (nasza, czytaj: braci studenckiej) zawiera się w stwierdzeniu wyrażonym skrótowcem WPiA (Wydział Prawa i Administracji? hehe, śnisz). Takiej biby, permanentnego chlańska i wtłaczania procentów to świat, ani nawet strajkujący górnicy, nie widzieli. Istna kuźnia charakterów. Kuliśmy je aż do zupełnego skucia. Poszerzaliśmy horyzonty, sięgaliśmy granic, a nawet przekraczaliśmy je (pod drzewem, na przykład). Nabywaliśmy nowe umiejętności (puszczanie dymkokółek, bomba!) oraz doświadczenia (paintball, zajebiste). Graliśmy w mafię, słuchaliśmy gościnnych prelekcji profesorów i Dziekaństwa, i znowu piliśmy. Paliliśmy sheeshę. Graliśmy w ping-ponga. Rozlewaliśmy kolejki. Rozmawialiśmy o lustracji. Rozlewaliśmy popitę. Poszukiwaliśmy sensu życia. Rozlewaliśmy na siebie wódę. Poszukiwaliśmy pogubionych części garderoby. Baunsowaliśmy ("Bawim, Kurwa, Bawim!"), angażowaliśmy się w komisje samorządowe, jednym słowem - poznawaliśmy się. I tak, udało mi się poznać paru świetnych ludzi, zdobyć dobrych kumpli. Mimo że te 150 osób z naszego obozu to zaledwie trochę ponad 12% całego rocznika na wydziale, integracja przebiegła pomyślnie. Przynajmniej na inauguracji będę rozpoznawał parę zszarzałych, skacowanych ryjów.

Mankamentem integrala był zaś kurewski ziąb, jakiego doświadczaliśmy przez cały czas jego trwania. Akomodacja w domkach letniskowych, bez ogrzewania, w warunkach syberyjskich i okolicznościach przyrody podobnych (las), nie była najlepszą opcją zakwaterowania. Jednak, z braku alternatyw, musiała zostać zaakceptowana. I tak noclegowaliśmy w pełnym rynsztunku, pod przykryciem ze śpiworów, kołder i kocyków, w kapturach na głowach i ochraniaczach na nosach. Wówczas było nawet ciepło, trzeba przyznać. Tylko niewygodnie było się wiercić.
W każdym razie - z przedniej integralowej zabawy wyniosłem szczątki radosnych wspomnień oraz chorobę zakaźną z wysoką temperaturą włącznie. Nie jest to najlepszy bilans, jednak uważam, że warto było udać się do Lucienia.

Niemniej jednak, ewentualność wyjazdu tam w przyszłym roku będę musiał porządnie przemyśleć...

6 komentarzy:

Pasqui pisze...

następnym razem pointegrujesz się ze mną w warszawie! zobaczymy kto ma mocniejszy łeb...

siorb pisze...

wszyscy chleją, a ja ledwo na piwo mogę sobie pozwolić, wrr :P

Rafał pisze...

Ha, u mnie było niemal identyko :> Może plus zielsko

Pasqui pisze...

bo do tego służą integrale, czyż nie?

Anonimowy pisze...

żałosne są teraz wyjazdy integracyjne... ech...

M. pisze...

krzysiu, pisząc takie rzeczy wzbudzasz bezbrzeżny smutek i wściekłą zazdrość w takich sierotkach jak ja, które nie miały oboziwa;)acha, i jeśli myślimy o tych samych dymokółkach, to musisz mnie nauczyc;)