Moje metaforyczne jestestwo, materializujące się na szczytowych poziomach świadomości, obcuje z pozbawionymi formy emanacjami energii. Poza oczywistym wyostrzeniem wrażliwości mojego postrzegania rzeczywistości, ułatwieniem wewnętrznego dialogu z podświadomością i pogłębionym rozumieniem zależności między Istnieniem a Niebytem, wpływa to zbawiennie na mój układ trawienny i perystaltykę jelit. Skumaj czakrę, dziwko. Generalnie nie polecam zbyt długiego studiowania ezoterycznych traktatów i opracowań. Ryje papę.
Będąc wszelako w tak supernaturalnym nastroju, zdarzyło mi się wyśnić sen, który skłonił mnie do zastanowienia nad esencją życia człowieka, celem wędrówki dusz zbłąkanych i jednym z trzech przymiotów Boga chrześcijańskiego, a mianowicie - nad miłością. Nie będę zagłębiał się w szczegóły nocnej mary, która przywiodła mnie do tych rozważań, jako że przesycona była ona elementami osobistymi i niepublikacyjnymi w swej treści, lecz przejdę od razu do zagadnienia.
Miłość jako pojęcie jest w praktyce niedefiniowalna, co przyznaje w swej mądrości nawet Wikipedia (sic!). Występują jednak w literaturze, a przede wszystkim w praktyce, różne jej rodzaje. Mamy więc agape - miłość bezinteresowną, philię - miłość przyjacielską, eros - miłość romantyczną, sexus - miłość zmysłową i wiele innych, klasyfikowanych pod różnym kątem i przy użyciu różnych kryteriów podziału. Mnie jednak chodzi o miłość w tradycyjnym znaczeniu tego słowa; miłość romantyczną, pomiędzy dwojgiem kochanków, o uczucie ubogacające każdą ze stron, prowadzące do wzajemnego kształtowania się osób, zespolenia tak fizycznego, jak i duchowego, dające szczęście, nadzieję, wiarę i pokój. Również bowiem w ramach tej miłości można dokonać dychotomicznego podziału, który niekoniecznie towarzyszyć musi jej od samego początku - może wykształcić się ze stanu pośredniego, łączącego elementy każdego z tych dwóch rodzajów, co zresztą jest, najprawdopodobniej, najczęstszym przypadkiem występującym w przyrodzie. Podział ten, jakkolwiek umownie, można nazwać podziałem na miłość egoistyczną i miłość altruistyczną.
Miłość egoistyczna nie może, co należy podkreślić na wstępie, być mylona z miłością narcystyczną. Miłość narcystyczna bowiem stanowi miłość do samego siebie, a miłość, na potrzeby tego WYWODU, nazwana egoistyczną, jest formą miłości do innej osoby, jednak skierowanej na osiągnięcie własnego szczęścia i wszystkich wartości opisanych przeze mnie powyżej, a także innych. Tak jak już również wspominałem, może to być, i najczęściej jest, część składowa miłości romantycznej, w której pragniemy zarówno swojego szczęścia, jak i szczęścia osoby przez nas kochanej. Miłość egoistyczna może jednak ujawnić się w momencie kryzysowym, do którego dążę i o który cały ten ambaras. Ale o tym za chwilę.
Przeciwieństwem miłości egoistycznej jest miłość ochrzczona przeze mnie mianem altruistycznej, która, jak łatwo się domyślić, skupia się na szczęściu drugiej osoby, przy jednoczesnym zmarginalizowaniu potrzeb własnych. I mój dylemat, który pojawił się we śnie, polega na następującym zagadnieniu. Którą z miłości można by było nazwać miłością większą? Której przyznać palmę pierwszeństwa i którą wycenić wyżej, kiedy stanie człowiek przed wyborem między szczęściem własnym, a szczęściem osoby kochanej?
Przypuśćmy, że w uniwersum zaistniała sytuacja następująca: On kocha Ją, Ona kocha Jego. Uczucie między nimi kwitnie i rozwija się. W pewnym momencie, do którego wiodły ścieżki, których nie będziemy rozważać, Ona zaznaje innej miłości, w której znajduje szczęście większe niż to, które dawała jej miłość dotychczasowa. Wówczas następuje rozłam, ku któremu prowadziłem ten wywód. Przed Nim stają dwa wyjścia: może dać lub nie dać Jej odejść. W wariancie pierwszym wybierze miłość altruistyczną, w drugim - miłość egoistyczną. Którą jednak z nich możemy nazwać miłością większą?
Na początku nasuwa się pewnie większości z nas odpowiedź: oczywiście większą jest miłość altruistyczna. Jest to wynik popkulturowej propagandy sianej przez filmowe i literackie romansidła o źródłach semickich!!! Żarcik. Argumenty za tą odpowiedzią są jasne: miłość gotowa na poświęcenie musi być największa, to, że przedkładamy cudze szczęście ponad własne to dowód prawdziwego uczucia, etc. JEDNAK - czy jeśli jesteśmy w stanie dać odejść obiektowi naszej miłości, to naprawdę darzymy go aż tak wielkim uczuciem? Czy nie jest mimo wszystko tak, że miłość egoistyczna jest silniejsza? Że kochamy tak bardzo, że nie potrafilibyśmy żyć bez tej drugiej osoby? Pomijamy przy tym na potrzeby tych rozważań zespół innych pobudek, to, co wynika po czasie itp. Ja nie potrafię rozwiązać tego problemu. Nie wiem jak rozwiązałbym go, gdybym osobiście przed nim stanął. Nie wiem czy bym potrafił go rozwiązać. Jestem ciekaw Waszych opinii na ten temat. Ktokolwiek to czyta. :)
Przyszło mi też do głowy, że te dziwne rozważania mają też zastosowanie do odwiecznego konfliktu miłośników psów z miłośnikami kotów. :) Ja, na dobrą sprawę, nie mógłbym mieć psa, bo pies jest stworzeniem podległym, uległym, zapatrzonym w człowieka i posłusznym człowiekowi. Kot z kolei jest istotą autonomiczną, stającą z człowiekiem na równym poziomie w dyskusji. Kot robi co chce, pies robi, co człowiek mu każe. Nie mógłbym kazać psu. Tak czysto teoretycznie. W praktyce pewnie szybko przestałbym się tym przejmować, ze względów pragmatycznych. Ale myślę, że byłoby mi przykro prowadzać psa na smyczy i nie pozwalać mu wąchać cudzych odbytów. Zdecydowanie wolę wkurwiać się na kota, który nie ma ochoty przyjść, kiedy go wołam. Czy można w związku z tym powiedzieć, że koty kocha się altruistycznie a psy - egoistycznie? To pytanie numer dwa, zdaje się. I tyle odpowiedzi od Was oczekuję!!! Chyba że macie to w głębokim poważaniu. To wtedy nie.
Ca00ski.
6 komentarzy:
Moją opinię na ten temat znasz: po pierwsze i najważniejsze to kochać tak, aby nigdy nie doszło do takiej sytuacji. Po drugie, jako że należę do grupy tzw. "dobrych kobiet"(i nie można rzec o mnie "bo to zła kobieta była"), myślę, że z ogromną rozpacza rozdzierającą mi serce pozwoliłabym odejść. Skończyłoby się to zapewne w szpitalu psychiatrycznym, ale przynajmniej miałabym poczucie, że nikogo nie więżę. Ponad to jeśli stara się kogoś przy sobie zatrzymać różnymi sposobami, czy to podstępem, czy żałośliwym nękaniem, prośbami, błaganiami itp...zawsze pozostawia się po sobie negatywne wrażenie. Połówka "porzucona" i zachowująca się egoistycznie (co niekiedy pogarsza sprawę) będzie miała w przyszłości dużo mniejsze szanse na odbudowanie tego związku. Natomiast osoba, która zachowa się altruistycznie i z godnością pozostanie we wspomnieniach partnera jako osoba mądra, kochająca i wyrozumiała. Może odchodzący partner, po chwilowym zauroczeniu nową osobą pomyśli sobie: " Boże, co ja wyprawiam, miałem taki skarb i go porzuciłem! Nie ma to-tamto, wracam do tej kochanej, dobrej kobiety!".
I żyli długo i szczęśliwie.
"Jestem ciekaw Waszych opinii na ten temat"
Ponieważ IMO egoizm to postawa zakładająca postępowanie zgodne z własną hierarchią wartości, to altuizm=wyrafinowany egoizm; jeśli ważniejsza jest dla mnie druga osoba, to i tak realizuję SWÓJ cel pozwalając jej na odejście. To tak bawiąc się w definicje.
Poza tym myślę, że analizowanie miłości w kategoriach ekonomicznych dla waluty "szczęście" (czy opłaca się z kimś być, czy zdobędzie się więcej jednostek szczęścia odchodząc) to znak, że coś z nią nie tak :p Poza tym składam veto jeśli o utożsamianie miłości (agapej, filjej czy erosnej) i związku chodzi: jest wiele związków w których jej zwyczajnie nie ma. Z kolei w związku ludzi którzy się kochają nie ma takich dylematów, bo miłość wykracza poza egotyczny rachunek opłacalności, a szczęście jest w kategorii "my" a nie "ja". QED :p
A co do kotów: je się po prostu adoruje a one na to pozwalają (z pewną dozą nonszalancji) :> Pies jest pod człowiekiem, kot co najwyżej obok a zdrowa relacja powinna być na tym samym poziomie.
BTW: zawsze rozkminiasz sny z wiki? :p
Zawsze, Rafałku. ;P
Na dobrą sprawę wyjątkowo rzadko je pamiętam. A tym razem byłem ciekaw czy Wikipedia posiada takie hasło, jak miłość. :)
Pytanie jest źle postawione ;P
"... On kocha Ją, Ona kocha Jego (...) Ona zaznaje innej miłości, w której znajduje szczęście większe niż to, które dawała jej miłość dotychczasowa. Przed Nim stają dwa wyjścia: może dać lub nie dać Jej odejść."
W takiej sytuacji (nie czepiając się za bardzo takich szczegółów jak to, że wyrażenia typu `większe szczęście' są mało sensowne i odkładając na bok dyskusję nad terminologią) wybór czy odejść czy nie jest wyborem Jej a nie Jego. On ma wybór jak się w tej sytuacji zachować.
Joachim
A swoją drogą springtime to nie ma teraz na tej planecie chyba nigdzie ;P
Joachim
Nice post and this post helped me alot in my college assignement. Thanks you as your information.
Prześlij komentarz