sobota, 22 grudnia 2007

Biały Murzyn i Suchy Grudzień

Czyli przedświąteczny wpis blogowy Krzysztofa M., artysty i filozofa, człowieka niezliczonej ilości talentów, nienasyconego erotycznie nastolatka, zestresowanego maturzysty, i ogólnie - mnie.


Zahamował na granicy poślizgu, tuż za tylnym zderzakiem granatowego Tico.
- Co za cipa! – krzyknął – Dać, kurwa, babie, samochód!
Wyminął Daewoo, zatrzymał się na sąsiednim pasie, otworzył okno i wrzasnął:
- Grzyby, kurwa, marynuj, idiotko, a nie za kółkiem siadasz!
Mroźne powietrze i trąbiący z dezaprobatą kierowca srebrnego Mondeo, stojącego za nim („Dobra, już, kurwa!”) skłoniły go jednak do przerwania konwersacji z farbowaną blondynką w średnim wieku, oddaloną od niego o metr i dwie warstwy szyby, i kontynuowania wojaży po prezenty.

Centrum Handlowe – Parking Podziemny. Miejsca, oczywiście, jak na lekarstwo. Kierowcy i ich lakierowane pociechy z radością emitują spaliny i przekleństwa, wciskają się w niewciskalne szczeliny między samochodami a samochodami / samochodami a słupami / samochodami a ludźmi / samochodami a resztkami ludzi, rysują sobie lakiery, grożą sobie pięściami i zdzierają szkliwo z zębów. W końcu Focus zostaje umoszczony pomiędzy Range Roverem a Skodą Octavią (krzywo, za blisko i odstaje), a Mariusz, wycisnąwszy się zeń szczeliną wąską, na obraz i podobieństwo pasty z tuńczyka, ociera pot z czoła i ślinę z ust chusteczką higieniczną (100% celulozy) i udaje się do drzwi wejściowych do Centrum Handlowego. Donośną „Nokurwą” wita ogłoszenie o nieczynności wind i „japierdoląc” rusza w stronę klatki schodowej. Na powierzchni (poziom zero) wcale nie lepiej. Masy ludnościowe migrują z prawa na lewo, z lewa na prawo, z góry na dół i vice versa , obstają kolejki, obsiadają kafejki i ciamkają w MagDonaldach. Mariusz, starając się otrzeć o możliwie najmniejszą liczbę współ-homo-sapiens-sapiens, przemieszcza się sukcesywnie (choć niekiedy spływa z prądem we wprost przeciwną stroną) do stoiska jubilerskiego.
- Dzień dobry – wita się, emitując nadwyżki hipokryzji.
- Witam – odpowiada szczerzozęba ekspedientka w gustownie skrojonym kostiumie. – Czym mogę służyć?
- Szukam kolczyków dla małżonki. Powinny być złote, z jakimiś kamykami, długie, zwisające i niedrogie – wyjaśnia Mariusz.
Mija chwila.
- Co pani mi za gówno wciska? – pyta Mariusz.
- Proszę pana, to jest wszystko, co mogę panu zaoferować w tym przedziale cenowym – odpowiada urażonym tonem Paniusia, wymachując wątłymi kikucikami złotawych łańcuszków z wyodrębnionym miejscem na ucho.
- To chyba jakiś żart! Wchodzę do zajebiście wielkiego sklepu, myślę: o w pytę, na pewno mają mnóstwo fajnych rzeczy, a tutaj mi jakiś wymalowany lachon majta badziewiem! Chcę rozmawiać z kierownikiem!
- Kierownika nie ma. Będzie po piętnastej. Czy zechce pan...
- A chuj z tym. – przerwał Mariusz i opuścił stoisko. Na zewnątrz odetchnął głęboko, a tysiącem smrodów nasiąkłe powietrze opłynęło jego na wpół zaciśniętą krtań. „Ciuch jakiś, może?” zastanowił się Mariusz i przekroczył próg sklepu z wielkim logo nad wejściem i małymi akcesoriami wewnątrz. Bez słowa zaczął spacerować między regałami, lecz stan ten nie miał potrwać długo.
- Mogę w czymś pomóc? – zapytał gorliwy sprzedawca w pasiastej koszuli skrytej pod pulowerkiem.
- Mam nadzieję – odrzekł Mariusz. – Potrzebuję jakiegoś przyjemnego dodatku do garderoby dla mojej żony.
- Rozumiem. Czy jest coś, co konkretnie pana interesuje?
- Nie, raczej nie. To znaczy, myślałem, że może para rękawiczek, albo torebka byłyby odpowiednie.
- Oczywiście. Czy zna pan może rozmiar dłoni pańskiej małżonki?
- Nie – odpowiedział Mariusz. „Kurwa” – pomyślał Mariusz.
- Oczywiście. W takim razie poszukajmy jakiejś torebki. W jakim kolorze?
- Noo... Buty ostatnio miała brązowe, płaszcz kremowy, a szalik bordo. Myślę, że potrzeby by mi był jakiś kolor, który by się komponował z brązem, kremem i bordą. Co mi pan może zaoferować?
- Eee, nie wiem...nie wiem... – zaplątał się sprzedawczyk. – może coś khaki, marengo, chamois, ecru, acapulco?
- A w mordę pan nie chcesz? Czy ja jestem naprawdę taki nieskumany, że nie skumałem, jak wyginęły takie kolory jak żółty, zielony, czerwony...? Masz pan coś dla mnie, czy nie?
- No... ostatecznie... mogę panu zaproponować tę torebkę. Jest przestronna, w kolorze fuksji... znaczy, fioletowo-bordowym... tak? No i z pewnością będzie wygodna.
- Hm... No, no, od biedy mogłaby być. Chyba wezmę. Tak. Ile kosztuje?
Mija chwila.
- Czy szanownego pana raczyło popierdolić? Co to, kurwa, za taki byle kawał wora mam płacić tyle, co za trzydzieści litrów paliwa? Co z wami, ludzie, kurwa?!
Mariusz opuścił sklepik. Trzęsąc się z gniewu odwiedził jeszcze kilka stoisk, między innymi: z zegarkami („ile?! a po chuj mi wodoodporność do pięćdziesięciu metrów?!”), z perfumami („CO?! Nie dość, że wali szambiarą, to jeszcze kosztuje tyle samo?!”), MagDonalda („zestaw? może być z kucykiem.”) oraz produktami rękodzieła z Kamerunu („jebany czarnuch...”). W końcu wylądował w sklepie z czekoladą i nabył bombonierkę z pękatym Mikołajem na pudełku i malutkimi czekoladkami z likierem w środku.
W drodze powrotnej Mariusz wydarł się jeszcze na czworo kierowców i zwiększył limit użytych „kurew” do osiemnastu.

A czy Ty zrobiłeś już świąteczne zakupy?



***
Nie należy się przejmować tym, że w połowie zmieniłem czas z teraźniejszego na przeszły.



*** ***
Wesołych Świąt, jeśli bym miał nie napisać przed nimi nic więcej. :)

1 komentarz:

Pasqui pisze...

Ha! Krzysztofie, doprawdy świetnie oddałeś atmosferę świąt.Idealnie!