środa, 4 lipca 2007

Wszystko Ścieka

Dzień za dniem, trochę grzeje, trochę chlupie. Ciągle w Wawie, z głową pełną rozmyślań pełnomorskich... No nie, może nie do końca morskich, ale jachtowo-jeziernych na pewno. Jedynymi znajomymi, których ostatnio widziałem, był Adamus z Połowicą, koleżanka z gimnazjum w metrze i pani od polskiego na przystanku autobusowym. Nie wliczam w to, oczywiście, mojej najdroższej Niewiasty, która obijała się po warszawskich przełęczach, w celu ustatkowania się i zapewnienia sobie dobrobytu i emerytury w przyszłości, a ja z nią, na tyle, na ile mogłem. Tak... W międzyczasie pogarszałem stan zdrowia psychicznego, jak również wydolność mięśnia sercowego pana Zbyszka od Jazd (coś jak św. Teresa od Jezusa). Nie no, ażeby prawdę rzec - od czasu ostatniej napomnianej jazdy idzie mi, przyznać muszę, całkiem dobrze. Już nawet na zakrętach nie wjeżdżam w zatoczki autobusowe. Za kierownicą poczułem się jakoś swobodniej. Nie wiem czy to źle, czy to dobrze, sądzę, że się okaże. Boję się tylko, że jak zdam egzamin na prawko i zdejmą ze mnie ochronną "L"-kę, to cała zabawa w kierowcę stanie się dużo bardziej pikantna... Ale z drugiej strony - kiedy wjedziesz między chamów, musisz chamować tak jak oni (nie - hamować) (właściwie - nie hamować). Wszystko jasne?

Przez ostatni tydzień moja znajomość kartograficzna okolic Warszawa Śródmieście - Powiśle - Solec zwiększyła się w znacznym stopniu. Przyczyniły się do tego próby zlokalizowania BUWu między mostami na Wiśle, spacerki po owych dzielnicach, zabłądzenia sporadyczne i wędrówki inne piesze. Jednym z ulubionych miejsc stały się kakofoniczne okolice akademii muzycznej im. Fryderyka Chopina. A w szczególności ichniejszy plac zabaw. Zresztą, place zabaw w ogóle są dla mnie tak urokliwe, że jeśli nie powiedzie mi się w przyszłości tak, jak bym chciał, to z radością zostanę etatowym dozorcą placozabawiennym i całymi dniami będę obserwował harcujące boboleny... :) Niezwykle to pocieszne.

Dzisiejszym punktem docelowym był "Czuły barbarzyńca". Niektórzy już tam byli, nas jeszcze nie było. No więc postanowiliśmy być i byliśmy, uznając to miejsce za niezwykle wprost czarujące i promując je do statusu dyżurnego ośrodka przesiadkowego. Lokalizacja go okazała się nietrudna, dzięki temu, że często przejeżdżałem, swojego czasu, ulicą, przy której się znajduje. Gorzej byłoby jednak, gdybym miał tam trafić, znając jedynie nazwę ulicy. Takie bowiem "pozytywne" nazwy, jak Dobra, Piękna, Jasna nieodmiennie mi się mylą i nie mam zielonego pojęcia gdzie jest która. Myślę, że to przez moją diabloczarną i kruczomroczną naturę. Arrr.

Napisałem, co wiedziałem. Teraz czas na SKZP, czyli standardowe krzysztofowe zakończenie postu;

Bączek.


---
Nie pytajcie - sam nie wiem czemu akurat on.

Brak komentarzy: