niedziela, 22 lipca 2007

YARRR!


I'm Krzysztof, the sailor man!

W sensie, że żeglarzem jestem, tak? Bosh, nic nie KuMaCiE!

Yyy, tak.

No to wróciłem sobie z żeglarskiego obozu, z patentem, nie powiem, że w kieszeni, bo tam go nie ma, ale przynajmniej ze świadomością, że na patent zdałem. Sam dokument bowiem zostanie dostarczony pocztą w terminie PÓŹNIEJSZYM, co pozwala przypuszczać, że przed popadnięciem w kryzys wieku średniego być może otrzymam korespondencję od PZŻ.

Obóz.

Cóż mogę o nim powiedzieć... Zapewne dużo ciepłych, letnich i oziębłych słów, wymieszanych w paćkę o konsystencji fasolki po bretońsku. Organizacja kolonijna, ludzie z całej Polski, przekrój wiekowy dość obszerny, a jachtów w sumie 12. Zasady typu: pijcie, ale tak, żeby nikt nie widział; KLAR!! ; spóźniony - wyczyść 3 bakisty, itp. No, reżym jak reżym, co tu dużo mówić...
Mazury piękne jak zawsze, aparat był eksploatowany dość gęsto i często, zdjęć ładnych wyszło kilka, jest spoko.

Pierwszy raz w życiu opaliłem się tak, że schodzi mi skóra. To doprawdy ekstra uczucie. A widok niezwykle obiadowy.

Nie będę poświęcał zbyt dużo czasu na ten wpis, dopisze się coś później. Tymczasem - w galerii można zastać kilka EKSTRA FOTEK!!! Polecam. :)


1 komentarz:

anka pisze...

zapomniałes dodać muciasie, iż spędziłeś te dwa tygodnie z super inteligentnymi dwoma dziewczynami :))