piątek, 10 września 2010

Życiowy dramat

Myśl o chodzeniu do klubów na imprezy, które NIE są zamknięte dla wybranych grup ludzi, wzbudza moją niechęć, brak zainteresowania, serię pytań z cyklu "po kiego grzyba" oraz generalną potrzebę grania w gry komputerowe, oglądania filmów, słuchania jazzu i znajdowania się w pozycji innej niż stojąca, w odzieży innej niż wyjściowa.

Z drugiej strony fakt nagminnego zaczepiania mojej dziewczyny, wyposażonej w odmienne od moich poglądy na tę kwestię, przez obcych mężczyzn, na wyżej wspomnianych imprezach klubowych, wzbudza moją jeszcze większą niechęć, niepokój, serię zgrzytnięć zębami oraz generalną potrzebę nauczenia się Krav Magi i/lub wyposażenia się w przedmioty zadające ból i cierpienie osobom znajdującym się w ich polu rażenia.

Która z tych ewidentnie sprzecznych refleksji weźmie górę i zwycięży w ich nieuchronnie zbliżającym się starciu jest mi niewiadome. Cechujące mnie zarówno zazdrośliwość o obiekt moich najgorętszych uczuć, jak i mizantropia w stosunku do zapoconych bywalców sceny klubowej, odznaczają się wysoką intensywnością, przez co stanowią dla siebie godnych przeciwników, których bukmacherzy wycenić nie potrafią lub nie chcą, ze względu na niską przewidywaną stopę adjustacji marży.

Wiem jednak, że kobiety niepokoić pozwolić nie mogę, bo niepokojenie kobiety to niepokojenie mnie, a ja zaniepokojony nie należę do spokojnych, mimo że moje ogólne nastawienie do życia jest raczej pokojowe, nawet w braku osobnego dla mnie pokoju w domu mych rodziców.

Dlatego najlepiej chyba będzie, jak zostanę znanym i cenionym klubowym saksofonistą, który swoimi niebywałymi zdolnościami przyciąga uwagę klubowych menedżerów. Profity płynące z takiej posady są wymierne i wielorakie. Po pierwsze, mógłbym grać na saksofonie. To nic, że głodne, pozbawione głębi pasaże po pentatonice ku uciesze w większości intelektualnie i muzycznie jałowych bęcwałów. Po drugie, dostawałbym za tę grę wymierne pieniądze, które przeważyłyby niewymierne poczucie pogardy dla samego siebie. Po trzecie, miałbym wydzielone miejsce ponad tłumem wyżej wspomnianych osób, w związku z czym nie musiałbym absorbować ich wydzielin poprzez odzież i odsłonięte części ciała. Po czwarte, cieszyłbym się poważaniem pozbawionych szyi pracowników klubów, którzy na moje skinienie pozbawialiby klubowej wizy element bezczelny, przystawiający się do mojej kobiety. Po piąte wreszcie, wilgotne i błyszczące od potu niewiasty patrzyłyby w moją stronę mierzwiąc zmysłowo swoje lśniące włosy i przygryzając pokryte błyszczykiem wargi, jednocześnie dotykając smukłymi dłońmi tkaniny ich markowych ubrań, kusząco wybrzuszającej się na ich kształtnych biustach.

Z takich właśnie powodów mógłbym zostać muzykiem klubowym. Jednak nie jest to prawdopodobne, gdyż dotychczas nie znalazłem nowego nauczyciela saksofonu.

Tym lekkim zboczeniem (sic) z tematu pożegnam dziś wszystkich czytelników, po których o tej nieludzkiej porze śladu nie ma na NeoNonsensie. Po mnie zresztą też nie powinno tu być śladu.

Notka pisana pod wpływem chwili i bez użycia więcej niż dwunastu komórek mózgowych.

3 komentarze:

siorb pisze...

czy do refleksji o spoconych mężczyznach w klubie, których towarzystwa w niebezpiecznej bliskości Twojej dziewczyny wolałbyś uniknąć, skłoniła Cię otrzymana niedawno pocztówka z Hiszpanii? :D

Krzysztof pisze...

być może nie była ona bez znaczenia dla mojej podświadomości. ;)

Unknown pisze...

Jak tylko wroce z Doniecka chetnie zapisze sie na boks, dawaj razem :)