Zasiadł przed lśniącym ekranem swojego komputera, splótł palce, po czym wywinął je na lewą stronę, wywołując odgłos salwy honorowej, towarzyszącej pogrzebowi generała Sikorskiego. Gdy powrócił mu słuch, a obrazy zostały odwieszone z powrotem na ścianę, przejechał palcami po bezecnych wypukłościach klawiszy, uniósł dłonie, jak Rafał Blechacz, szykujący się do rozpierdolenia etiudy rewolucyjnej... i zastygł, gdyż z tematów, o których miał pisać, w jego podręcznej jaźni nie ostało się nic, prócz smętnego zonka i Zygmunta Chajzera z kartonem Viziru.
Żywot pisarski ciężkim jest żywotem, gdyż nigdy nie wiadomo, kiedy nadejdzie ukłucie natchnienia, co jak szczepionka przeciwko grypie w okresie epidemicznym, zbawiennym się okaże i wartościowym. Pozostając w metaforyce immunologicznej - pomysły na wiekopomne dzieła, które rzucić miały milijony na kolana, niczym proces niszczenia Azjatów z SARS [we destroy Asians with SARS], bombardowały jego umysł z zaciętością rota-wirusa lub innego robactwa, od którego można dostać chronicznego rozwolnienia i zbankrutować przez wydatki na srajtaśmę. Niemniej jednak - robiły to w wielce nieodpowiednich momentach. Tuż przed snem, kiedy to, jak wiadomo, nic się nikomu nie chce, a już szczególnie notować genialnych idei, w zatłoczonych środkach komunikacji miejskiej, na wykładach starych dziadów, w czasie defekacji, w czasie kopulacji, w czasie kolacji, w czasie laktacji... nie, to akurat już lekkie przegięcie hiperbolicznej pałki, w każdym razie - były to momenty nieadekwatne, nieodpowiednie, non dispositivum (to tak w ramach bardzo modnych ostatnimi czasy "hermetycznych żarcików"). Dlatego też stronnice jego świeciły pustkami, podobnie jak lodówka jego, skrzynka pocztowa jego oraz portfel jego. Zasoby zapału również były na wyczerpaniu, dlatego też, nawet jeśli koncept makiaweliczny a niepodważalnie oryginalny zaświtał w jego korze o właściwej porze, nie zamykał go w przekaz słowny, pisany, gdyż nie chciało mu się to, a sławę porzucał na rzecz drzemki, która domyślnie usuwała pliki tymczasowe z jego umysłu.
Taka to tragiczna bezpłodność ogarnęła jego jestestwo, w którym nie było już tyle miejsca na literaturę, co onegdaj.
Przerwać ów impas miało wydarzenie, które wzburzyło do głębi jego szkieletem emocjonalnym, a mianowicie sesja egzaminacyjna. Sesja egzaminacyjna jest bowiem tworem, który jako miodny plaster wystawiony na słonecznym ganku wiejskiej chatki, ściąga na siebie roje much, które z niejednej dupy kał ssały. Tak więc, wiekowym będąc wynalazkiem, sesja egzystowała periodycznie pod chrupiącą skorupką gównianego pancerza pokoleń, które łamały na niej zęby, nogi, ręce, rzadziej pióra. Będąc tworem, budzącym strach w przyroście lawinowym, wraz z kolejnymi generacjami studentów, które dzieliły się swymi traumatycznymi doświadczeniami z kolejnymi generacjami studentów, wywoływała przerażenie w coraz to kolejnych generacjach studentów. Dotknęło to i jego, gdy siedział samotnie w opustoszałym lokalu mieszkalnym nad smętnym makulaturowatym podręcznikiem, z którego chłonął ciągi znaczków, literek i schematów, dla laika wydających się nekromanckimi inskrypcjami lub zaczątkiem żydowskiego spisku. Gdy przyszedł czas pisania egzaminu, wszystkie owe żydowskie inskrypcje lub nekromanckie spiski wystąpiły z jego umysłu, pozostawiając go bezbronnego nad łososiową kartką, pokrytą zapiskami bez pokrycia, których tajniki skryte były w ciemnościach niepamięci. Zaprzedanie duszy diabłu dało jednak spodziewane rezultaty i wiedza, zagnana diabelskim batogiem, powróciła na łono jego umysłu, pozwalając mu na lepsze albo gorsze uzupełnienie pustych kratek papieru w kartkę kształtnymi iksami.
Gdy wydawało się, że to już koniec sensacji, wszystko zniknęło za tylnym zderzakiem w oparach rzepaku, a tuż przed nim otwierały się podwoje rozpustnej doliny przyjemności -nocna zmaza pokryła jego serce, jako że Internet obrodził gdzieniegdzie w przedwczesne wyniki wyżej wspomnianego egzaminu. Brodził i brodził tak, że sporo jego znajomych otrzymało radosną nowinę, w której nurzali się po szyję, jak gorliwy przechrzta, a on czekał. Jego bowiem sezon prawdziwkowy zdawał się omijać. Mimo częstego nawiedzania świątyni rezultatów egzaminacyjnych, świeciła ona pustką, a Nietzsche smętnie kiwał głową, rzucając oklepany tekst o boskiej śmierci. Stan ten faktyczny, faktycznie wywoływał jego frustrację. Miotał się w okowach swojego jestestwa, a pot rzęsisty zraszał jego powłokę cielesną. Seks go nie cieszył, ciastko nie miało lukru, a słońce kryło się za kluczem gęsi, mielonych przez odrzutowe silniki Airbusa nad Bronksem. Gryzł paznokcie, rozdrapywał twarz, podcierał odbyt. Natrętna myśl-rozterka, myśl-usterka, myśl-skurwysyn nękała go i niepokoiła, wątpliwości wypełniły jego wątpia, rozwiązania zadań rozpłynęły się we mgle, pozostawiając go bez szczątków nawet kojącej świadomości poprawności jego rozwiązań. Cóż za męka, cóż za żywot! Hagiograficy spieszyli ku niemu z peanami, wychwalającymi jego wytrwałość w cnocie cierpliwości, której nie naruszył nawet bezecny chuj zepsutego usosa. On czekał. Czekał na rezultat, na wiadomość o tym, czy dał. Dał radę, czy dał dupy. Nie wiedział jednak tego. Nie wiedział tego wciąż, gdy pisał tę notkę niezdarną. Nie wiedział też nieco później. A kiedy się dowiedział - tego nie wiem. W ogóle pisanie o przyszłości w czasie przeszłym już go nieco konfudowała, więc postanowił tego zaprzestać. Postanowił w ogóle wszystkiego zaprzestać.
Zaprzestał więc.
Żywot pisarski ciężkim jest żywotem, gdyż nigdy nie wiadomo, kiedy nadejdzie ukłucie natchnienia, co jak szczepionka przeciwko grypie w okresie epidemicznym, zbawiennym się okaże i wartościowym. Pozostając w metaforyce immunologicznej - pomysły na wiekopomne dzieła, które rzucić miały milijony na kolana, niczym proces niszczenia Azjatów z SARS [we destroy Asians with SARS], bombardowały jego umysł z zaciętością rota-wirusa lub innego robactwa, od którego można dostać chronicznego rozwolnienia i zbankrutować przez wydatki na srajtaśmę. Niemniej jednak - robiły to w wielce nieodpowiednich momentach. Tuż przed snem, kiedy to, jak wiadomo, nic się nikomu nie chce, a już szczególnie notować genialnych idei, w zatłoczonych środkach komunikacji miejskiej, na wykładach starych dziadów, w czasie defekacji, w czasie kopulacji, w czasie kolacji, w czasie laktacji... nie, to akurat już lekkie przegięcie hiperbolicznej pałki, w każdym razie - były to momenty nieadekwatne, nieodpowiednie, non dispositivum (to tak w ramach bardzo modnych ostatnimi czasy "hermetycznych żarcików"). Dlatego też stronnice jego świeciły pustkami, podobnie jak lodówka jego, skrzynka pocztowa jego oraz portfel jego. Zasoby zapału również były na wyczerpaniu, dlatego też, nawet jeśli koncept makiaweliczny a niepodważalnie oryginalny zaświtał w jego korze o właściwej porze, nie zamykał go w przekaz słowny, pisany, gdyż nie chciało mu się to, a sławę porzucał na rzecz drzemki, która domyślnie usuwała pliki tymczasowe z jego umysłu.
Taka to tragiczna bezpłodność ogarnęła jego jestestwo, w którym nie było już tyle miejsca na literaturę, co onegdaj.
Przerwać ów impas miało wydarzenie, które wzburzyło do głębi jego szkieletem emocjonalnym, a mianowicie sesja egzaminacyjna. Sesja egzaminacyjna jest bowiem tworem, który jako miodny plaster wystawiony na słonecznym ganku wiejskiej chatki, ściąga na siebie roje much, które z niejednej dupy kał ssały. Tak więc, wiekowym będąc wynalazkiem, sesja egzystowała periodycznie pod chrupiącą skorupką gównianego pancerza pokoleń, które łamały na niej zęby, nogi, ręce, rzadziej pióra. Będąc tworem, budzącym strach w przyroście lawinowym, wraz z kolejnymi generacjami studentów, które dzieliły się swymi traumatycznymi doświadczeniami z kolejnymi generacjami studentów, wywoływała przerażenie w coraz to kolejnych generacjach studentów. Dotknęło to i jego, gdy siedział samotnie w opustoszałym lokalu mieszkalnym nad smętnym makulaturowatym podręcznikiem, z którego chłonął ciągi znaczków, literek i schematów, dla laika wydających się nekromanckimi inskrypcjami lub zaczątkiem żydowskiego spisku. Gdy przyszedł czas pisania egzaminu, wszystkie owe żydowskie inskrypcje lub nekromanckie spiski wystąpiły z jego umysłu, pozostawiając go bezbronnego nad łososiową kartką, pokrytą zapiskami bez pokrycia, których tajniki skryte były w ciemnościach niepamięci. Zaprzedanie duszy diabłu dało jednak spodziewane rezultaty i wiedza, zagnana diabelskim batogiem, powróciła na łono jego umysłu, pozwalając mu na lepsze albo gorsze uzupełnienie pustych kratek papieru w kartkę kształtnymi iksami.
Gdy wydawało się, że to już koniec sensacji, wszystko zniknęło za tylnym zderzakiem w oparach rzepaku, a tuż przed nim otwierały się podwoje rozpustnej doliny przyjemności -nocna zmaza pokryła jego serce, jako że Internet obrodził gdzieniegdzie w przedwczesne wyniki wyżej wspomnianego egzaminu. Brodził i brodził tak, że sporo jego znajomych otrzymało radosną nowinę, w której nurzali się po szyję, jak gorliwy przechrzta, a on czekał. Jego bowiem sezon prawdziwkowy zdawał się omijać. Mimo częstego nawiedzania świątyni rezultatów egzaminacyjnych, świeciła ona pustką, a Nietzsche smętnie kiwał głową, rzucając oklepany tekst o boskiej śmierci. Stan ten faktyczny, faktycznie wywoływał jego frustrację. Miotał się w okowach swojego jestestwa, a pot rzęsisty zraszał jego powłokę cielesną. Seks go nie cieszył, ciastko nie miało lukru, a słońce kryło się za kluczem gęsi, mielonych przez odrzutowe silniki Airbusa nad Bronksem. Gryzł paznokcie, rozdrapywał twarz, podcierał odbyt. Natrętna myśl-rozterka, myśl-usterka, myśl-skurwysyn nękała go i niepokoiła, wątpliwości wypełniły jego wątpia, rozwiązania zadań rozpłynęły się we mgle, pozostawiając go bez szczątków nawet kojącej świadomości poprawności jego rozwiązań. Cóż za męka, cóż za żywot! Hagiograficy spieszyli ku niemu z peanami, wychwalającymi jego wytrwałość w cnocie cierpliwości, której nie naruszył nawet bezecny chuj zepsutego usosa. On czekał. Czekał na rezultat, na wiadomość o tym, czy dał. Dał radę, czy dał dupy. Nie wiedział jednak tego. Nie wiedział tego wciąż, gdy pisał tę notkę niezdarną. Nie wiedział też nieco później. A kiedy się dowiedział - tego nie wiem. W ogóle pisanie o przyszłości w czasie przeszłym już go nieco konfudowała, więc postanowił tego zaprzestać. Postanowił w ogóle wszystkiego zaprzestać.
Zaprzestał więc.
3 komentarze:
Dobre, fajne - tylko hagiografowie a nie hagiograficy. Święte obrazki? :D
No, na to by wychodziło. :P
Hagiografficiarze?
no padam na kolana. jak zawsze, przed Twym talentem pisarskim Mężczyzno.
Prześlij komentarz