Jak widać, dokładam wszelkich starań, aby zachować częstotliwość publikowania przynajmniej jednego wpisu w miesiącu. Moje samozaparcie jest zdumiewające nawet dla mnie.
A więc dostałem się do Samorządu Zawodowego. Pomimo przeżycia nieludzkich katuszy, związanych z niepewnością jutra, w okresie dzielącym tzw. "złożenie egzaminu" i ogłoszenie jego wyników (dni słownie cztery), stoję oto z czołem podniesionym, w chwale, dumie i uprzedzeniu. Całe szczęście, nie mam roku w plecy! Całe szczęście, nie dałem złośliwym koleżkom pretekstu do wydrwiwania mnie bez litości! Całe szczęście, wciąż mam to głupie szczęście, dzięki któremu niezasłużenie przemykam przez życie! Fakju świecie!
Wobec faktu, iż zajęcia szkoleniowe w Samorządzie Zawodowym zaczynają się pierwszego stycznia, mam teraz taki okres, w którym poza pracą właściwie... nic nie muszę. To uczucie osobliwe. Co prawda, po obronie magisterki znajdowałem się również, przez pewien czas, w takim stanie, jednak wtedy wisiało nade mną widmo nauki do egzaminu na aplikację. Teraz, tymczasem, nic już nade mną nie wisi.
Co robię w tym wolnym czasie, zasłużonym, uzyskanym? Zamiast rozwijać się na polach, na które wcześniej nie miałem czasu - oglądam seriale, pomagam M. przygotowywać obiady, komponuję marne pieśni na iPadzie i zasadniczo się opierdalam, tudzież odpoczywam po dniu pracy.
Mam wrażenie, że wpadam w charakterystyczny schemat, który tak zdumiewał mnie u moich rodziców, kiedy chodziłem do szkoły. Nie byłem wtedy w stanie zrozumieć, że kiedy wrócą do domu, nie chce im się już zupełnie nic. Kurde, teraz mnie też się nie chce, nawet złożyć saksofonu i podmuchać trochę między 19.00 a 22.00. LENISTWO DZIEDZICZNE CZY LAJFSTAJLOWE?
Zaczynam za to chyba zwracać się z powrotem ku duchowości katolickiej. Przyczyn może być kilka. Jako pierwszą traktuję zbliżającą się sanację formalną mojego konkubinatu z M. Po drugie, Papież Franciszek jest, jak wynika z doniesień medialnych, tak wspaniałym człowiekiem, że aż chce się kochać ludzi, którzy tak szybko odchodzą. W końcu, rolę w tym procesie odgrywa także muzyka i śpiew, a konkretnie moje ostatnie, zarówno celowe, jak i przypadkowe, spotkania z dawnymi znajomymi z licealnego chóru, którzy wciąż udzielają się wokalnie i muzycznie, również uświetniając swoimi dokonaniami, od czasu do czasu, liturgie mszy świętych.
Muzyka jest dla mnie jak narkotyk i uważam, że z jej pomocą można nakierować ludzi na rozmaite tory. U mnie sprawdza się to w tej chwili w charakterze magnesu do kościoła. Ale i tak nie ma co się oszukiwać, wiara wiarą, ale nie wszystko, co głosi Kościół, zamierzam przestrzegać. Moja wersja dobra i moralności odbiega nieco od tej rzymskokatolickiej. I myślę sobie, że jeśli Franciszek tego nie zmieni, to już raczej nikt inny tego nie dokona.
Na dziwne tory zszedłem, toteż kończę. Do zobaczenia w listopadzie.
2 komentarze:
Nie odniosę się do treści wpisu,ale odniosę się do słów przedwcześnie zezgredziałego humanisty.
Panie zezgredziały,
nie trać wiary w siebie,
byleby się sikorki nie zwiedziały,
niech przylatują,głaszcz,a będzie jak w niebie.
:o))
Można i tak :)
Prześlij komentarz