wtorek, 17 września 2013

Konsekwencja!

Ha!

Minął niecały miesiąc od czasu publikacji ostatniej notki, w związku z czym wydaje mi się, że można uznać, że konsekwencja w moim pisaniu została zachowana. Niewykluczone, że moje standardy są niskie, ale w takim razie reprezentuję sobą to, co cenię w przygodnie napotkanych dziewczętach, a więc również i tutaj konsekwencja wydaje się być obecna i mieć się dobrze.

W pewnym momencie, zlokalizowanym w przedziale czasowym od zeszłej notki do obecnej, zauważyłem pewną niepokojącą okoliczność w moim życiu. Otóż przytrafił się mianowicie taki okres, że przez cztery kolejne dni robocze wracałem z pracy do domu z tym samym nocnym taksówkarzem. Co ciekawe, po każdym kursie, począwszy od pierwszego, żegnałem się z nim uprzejmym wyrazem nadziei, że więcej go nie ujrzę, po czym następnego dnia wsiadałem do jego auta ze zrezygnowanym westchnięciem, mówiąc "tam gdzie zawsze"*.

Ta przygoda, sformułowana nieco na kształt brytyjskiego miniserialu, spowodowała, że w wyrazisty sposób stwierdziłem zaburzenie stosunku określanego potocznie staropolskim mianem work-life balance. Na marginesie wypada dodać, że obietnica pożądanej wartość tej zmiennej, wraz z towarzyszącym jej, równie rejowskim, pojęciem AFE (asshole-free environment), stanowiła jeden z decydujących czynników przy wyborze przeze mnie miejsca zatrudnienia. Com otrzymał, otrzymałem.


Być może niektórzy zaśmieją się w głos, kiedy przeczytają ten lament, gdyż faktem jest, że wychodzenie z biura po 22.00 jest warszawską normą w określonych środowiskach, do jednego z których niewątpliwie należę. Nie sposób się nie zgodzić, jednak okazuje się, że moja hierarchia wartości, nad której analizą zawzięcie się głowiłem nie dalej jak wczoraj, nie przewiduje takiego modelu pracy. Rozpatrując to w kategoriach możliwe-niemożliwe, owszem, byłoby to do pewnego stopnia możliwe, jakkolwiek moja wydajność wyraźnie spada po godzinie 18.00-19.00. Nie jest to natomiast bynajmniej pożądane, w związku z czym, po oświecającej przygodzie z panem, nazwijmy go, Jurkiem, który wyciąga na taksówce sześć koła miesięcznie na spokojnie i również zamierza kształcić się w naukach prawnych w Eurazjatyckiej Wyższej Szkole Prawnictwa i Administrowania Motłochem**, oferującej dyplom magistra prawa po trzech i pół roku uczęszczania albo i nie (możliwość uczestniczenia w wykładach za pomocą telewizora, komputera, smartfona, smartfona z projektorem, tabletu, bidetu, łyżki stołowej), uznałem, że należy przedsięwziąć środki zapobiegawcze, ażeby sytuacja taka nie miała miejsca ponad miarę.

Sprawa nie jest dla mnie łatwa, gdyż zasadniczo, wbrew roztaczanym przeze mnie pozorom i skrupulatnie planowanym mistyfikacjom, jestem w sprawach bezpośrednio mnie dotykających osobą raczej mało asertywną. Ciężko mi egzekwować nawet przysługujące mi prawa (stanowione tudzież niepisane, jak również zwyczaje, zasady współżycia społecznego oraz minimum dobrego wychowania u interlokutorów). Poważnie rozważam zapisanie się na stosowny kurs opierdalania ludzi jak łysych kobył, który pomógłby mi przezwyciężyć tendencję do usprawiedliwiania starszego pana, który wciska się przede mnie w kolejkę po wędlinę, jak również do przyjmowania zleceń gwarantujących mi przyjemny wieczór nad klawiaturą Grażyną (mam tendencję do nadawania imion przedmiotom częstego użytku).

Jak sprawy będą się miały w przyszłości, czas pokaże. Od przywołanej wyżej sytuacji minęło już trochę czasu i, mówiąc szczerze, udało mi się poczynić pewne sukcesy na polu wychodzenia z biura około godziny 18.00, kilka razy nawet wcześniej (jej!), lecz trzeba przyznać, że matką tego sukcesu są poniekąd sprzyjające okoliczności, w których nie byłem ostrzeliwany długotrwałymi zleceniami, a raczej milionem pomniejszych, jakkolwiek prędszych w uporywaniu się z nimi.

Tak więc stan zagrożenia trwa, tymczasowo przerwany dwutygodniowym urlopem na przygotowanie się do egzaminu wstępnego na obowiązkowego członka Samorządu Zawodowego, który spędzam, jak widać, intensywnie przygotowując się do tegoż, przepełniony po czubki uszu świadomością, że jego niepomyślny wynik zamrozi na rok progres mojej kariery zawodowej i Szansę na Sukces.

Z drugiej strony będę miał wtedy czas na grę na saksofonie i rozwój intelektualny (również element wspomnianej wyżej hierarchii wartości, nad którą pracowałem).

Każdy kij ma dwa końce, czyż nie ma?


* Reguła ta, zgodnie z zasadami logiki, nie znalazła zastosowania do ostatniego kursu, po którym, szczęśliwie, nie nastąpił dzień, w którym wracałbym do domu późnym wieczorem.
** Nazwa uczelni dyskretnie przekształcona.

3 komentarze:

Hades pisze...

Rozbieżność planu na życie z życiem samym w sobie widzę wszędzie.
To raz.
Dwa, ja myślałam, że tylko ja na ksero mówię Mietek a na pralkę Józek...

Nokuzwa pisze...

kurczę trafiłam na ten blog przypadkowo, ale dziękuję, bo poprawiłeś mi dzisiaj humor drogi blogerze kimkolwiek jesteś. Niestety to dość ironiczny dowcip, a mianowicie śmiecham, bo wszyscy się mnie czepiają, że buduję za długie zdania, i cóż naprawdę w to wierzyłam. A tymczasem nie rozumiem praktycznie nic z twojego przykładowego (czyli liczącego z 5 linijek) zdania, gdyż zwyczajnie gubię się w połowie:D Takie, życie ale mimo wszystko głupki mają zawsze powód do śmiechu. No i postanowiłam napisać jakiś pozbawiony sensu komentarz, oto i on. Ja i moja ulubiona bluzka Sylwia pozdrawiamy cię:P i dzięki:) tak trzymaj, chociaż prawdopodobnie już tu nie wrócę...

easennui pisze...

Co do nazywania rzeczy po imieniu (bo chyba to najczulej przykuwa uwagę Twoich czytelników), choć nie tylko, wszak taksówkarz również został chcąc-niechcąc przez Ciebie ochrzczony, to może kryje się za tym jakiś większy problem samca alfa, co to nazywając wszystko po imieniu, jak Bóg nazwał Adama i Ewę, czujesz pod kontrolą nawet podmioty nieżywe.

Ale już, nie denerwuj się. Po prostu słynę z czarnego humoru i czysto terepeutycznego podejścia, nawet do blogowskiej pisaniny.

Pozdrawiam Cię, Ja, i tylko Ja! Amelia! Ale plusa u mnie masz za te nieziemsko bliskie memu sercu zainteresowania!