Więc już od pewnego czasu usiłowałem siąść przed tym cholernym edytorem i napisać coś na bloga, lecz odwodziło mnie od tego napięcie przedmiesiączkowe, które będąc jeszcze w fazie motywującej, nakłaniało mnie do kontynuacji zgłębiania woluminów poświęconych postępowaniu cywilnemu, aby załatać przynajmniej co większe dziury w mojej jakże szczątkowej i pofragmentowanej wiedzy w tej materii.
Teraz jednak napięcie owo weszło w etap kurwiczy, w którym, jak każdy gówno warty studenciak doskonale wie, tak człowieka nosi, że nie jest w stanie patrzeć ani chwili dłużej na przedmiot zainteresowania przyszłego egzaminatora, lecz z przyjemnością oddaje się wszelkim czynnościom dostępnym stworzeniom wyposażonym w przeciwstawny paluch, z pisaniem beztreściowych notatek, karmieniem łabędzi i zbieractwem owoców leśnych włącznie.
Ja wybrałem pierwszą z wyżej przedstawionych możliwości (których katalog, co warto zaznaczyć, bynajmniej nie jest ograniczony do tychże), wobec czego trzęsącymi się paluchami naprędce zamykam w znaczki schematycznie zarysowane elementy treści mojego strumienia świadomości, wylewającego się przez owe paluchy w czasie rzeczywistym.
Co u mnie nowego, zapytacie. Otóż, kilka rzeczy. Poza standardowym usiłowaniem zzipowania do rozmiaru mojej twarzoczaszki niezliczonych podręczników i skryptów śledzę na bieżąco poczynania zabawnie ubranych mężczyzn kopiących piłkę po trawie. Nie spodziewałem się, że Euro spotka się z takim zainteresowaniem z mojej własnej strony, ponieważ miałem na nie absolutnie wyjebane do momentu, kiedy w przeddzień meczu otwarcia ujrzałem na stołecznej ulicy liczne grupy kibiców rozmaitych krajów, poprzybieranych w narodowe barwy i wyposażonych w nieodłączny szeroki uśmiech na mordzie. Było to wrażenie na tyle sympatyczne, że niezwłocznie pościągałem na wszelkie urządzenia elektroniczne, które posiadam, oficjalne aplikacje Euro2012 i zacząłem śledzić fakty, plotki i doniesienia związane z mającymi się rozpocząć mistrzostwami.
Toteż obecnie mój codzienny cykl życiowy zawiera przynajmniej kilka przeglądów polskich i zagranicznych serwisów informacyjnych, które w bardzo wygodny sposób wyjawiają mi się na Twitterze (o nim później). I jakie wnioski. Otóż brytole uwielbiają donosić o wszelkich problemach, jakie pojawiają się w związku z organizacją mistrzostw, jako pierwsi (szczęście, że nie zanim nastąpią!) informują o "wstrząsających" zamieszkach, "karygodnym" zachowaniu polskich kibiców oraz o innych nieprawdopodobnych przejawach ksenofobii, rasizmu i trawa nazbyt sucha dla hiszpańskich butów.
A chuj wam w dupę konfidenci, nie macie co robić, tylko szukacie zadymy a potem idziecie z tym do pani i skarżycie, niedojeby? Cóż, właściwie to dokładnie tak to wygląda, i jakby się nad tym zastanowić, to taka jest rola reportera, się zdaje. Dyżurny Pismak z grona moich znajomych zauważył, że paradoksalnie to dobrze, że piszą o takich rzeczach, bo to znaczy, że z infrastrukturą wszystko w porządku. Może i racja, jakkolwiek głupie komentarze na temat całego społeczeństwa wywodzone na podstawie zachowania garstki kiboli trochę mnie rażą. W sumie garstki jak garstki, bo sto dwadzieścioro rodaków zatrzymanych w zamieszkach wobec jedynie kilkunastu Gości z Zagranicy to całkiem kiepska statystyka, choć oczywiście w stosunku do wszystkich milionów ziomów to niewiele. Ale dlaczego mimo wszystko tak wiele, pytam się?
Twitter zatem. Założyłem sobie konto w efekcie zawieszenia konta na Facebooku. A skąd pomysł, żeby pozbawić się egzystencji? Stąd, że poczułem głęboki żal, że wszystko dzieje się tam, a nie tu. Facebook, o którym pies z kulawą nogą nie słyszał jeszcze kilka lat temu, teraz stał się tak powszechnym elementem rzeczywistości, że nie dość, że fioletowe logo pojawia się w co drugiej reklamie telewizyjnej, to jeszcze wgrał się w moje odruchy bezwarunkowe. Tak to wygląda, że jak włączam przeglądarkę, to od razu w kartach otwieram GMail i Facebooka. Przez pierwsze trzy dni bez niego zdarzało mi się to nad wyraz często. W efekcie musiałem usunąć zakładkę z paska, w związku z czym łapałem zwiechę po uruchomieniu się Chrome'a. Ale teraz mi przeszło i, drodzy państwo, jestem bez Facebooka już dziewiąty dzień. Czyli się da. Dowiodłem niemożliwego. Ale jutro pewnie włączę ponownie, bo znajomi gdzieś jeżdżą po świecie, a ja nie wiem dokąd.
5 komentarzy:
To jest super:
Sprawdź to:
Mój blog
Psiaki
Fioletowe logo fejsa, a nie niebieskie :P ? Podziwiam nawet za dziewięciodniowy odwyk, jest to wyczyn!
pierwsze konto na fejsie nie dawało i życ, drugiemu moi znajomi nie dawali żyć a trzecie z kolei, ktore mam to olewam ;) Może rada taka, żeby kasować i po czasie zakładać nowe i poczuć, że ten fejs jakiś taki jednak do dupy jest ;)
faktycznie, może separacja z facebookiem to wcale nie taki głupi pomysł
Ciekawe...
Prześlij komentarz