Paradoksalnie, bo siedzę przed ekranem komputera niewiele mniej niż osiemset godzin dziennie, na specjalnie przygotowaną ikonkę NeoNonsensu na pasku zakładek klikam nad wyraz rzadko. Pewnie po części dlatego, że wkurwia mnie początkowa strona antykoncepcyjna, która zapobiec ma pojawianiu się niechcianych dzieci na sronie. Po drugiej części dlatego, że ilekroć się tu zawieruszę, to robię sobie wyrzuty, że tak rzadko się tu pojawiam. W końcu blogasek ten prowadzę od zamierzchłych lat, kiedy byłem po wielekroć niepoprawnym.
- niepoprawnym romantykiem
- niepoprawnym idealistą
- niepoprawnym licealistą
- niepoprawnym humanistą
- obdarzonym niepoprawnym pH naskórka
- jak również w dwójnasób niepoprawnym zaczesem
Tymczasem życie stawia przede mną wiele przeciwności, z których największą jest ta, z którą borykam się od najdłuższego czasu - moim bezecnym warcholstwem.
Czegokolwiek się złapię, zamienia się w złoto. Muszę jednak przebywać w wyjątkowo niesprzyjającym klimacie, ponieważ drogocenne sztaby szybko pokrywają się osadem, ich blask przygasa, a niefrasobliwy portier używa ich jako blokady do drzwi swej przytulnej cieciówki.
Tak jest z pisaniem. Jest tak również z innymi kreatywnymi czynnościami, które mam okazję usiłować. Co jest we mnie takiego, że nie pozwala mi systematycznie poświęcać się ważnym i pożądanym czynnościom, które w przyszłości miałyby szansę zaprocentować czymś, w końcu, pożyteczym - nie wiem. Wiem tylko że tak to już jest i że raczej nie powinienem wydawać zbyt wielkich pieniędzy na swoje hobby i zainteresowania, bo świeżo uformowane z nich perły własnoręcznie oddam uświnionym wieprzom (zabawna gra słów, "uświnione wieprze").
Co tymczasem nowego. Otóż stałem się ofiarom własnego ruchu szyderstwa, w którym uczestniczyłem od dawnych czasów, z powodu pobudek skrycie zawistnych i małostkowych. Mianowicie wszedłem w posiadanie złotego cielca hipsteryzmu i lansu nowobogactwa, ikony komercji oraz narzędzia zaprojektowanego głównie po to, by nim majtać przed oczami pospólstwa przez witrynę Starbaksa.
Kupiłem iPad.
Odkąd kupiłem iPad, toczę ze sobą beznadziejną walkę. Walkę pomiędzy wstydem przed ludźmi mi podobnymi, związanym z usiłowaniem ukrycia go w upapranej odwieczną plamą torbie, w której tenże zastąpił pęczki papierowych tekstów ustaw, podręczników, notatek i śmieciowych wydań literatury pięknej, a podprogową chęcią wyciągnięcia go na ławę i przewijania palcem szeregów kolorowych ikonek, żeby plebsu w pięty poszło. To rozdwojenie jaźni jest zjawiskiem ciekawym, aczkolwiek dość męczącym. Prawda jest jednak taka, że jako psychopatyczny niewolnik technologii, obdarzony, niestety, skromnym budżetem domowym, choruję na głód posiadania jakiejkolwiek formy ładnie zapakowanego podzespołu, który mógłby pokazywać północ, mierzyć wilgotność powietrza lub recytować 128-znakowe fragmenty tekstów piosenek Jackson 5, byle tylko miał kilka LED-ów i akumulator litowo-jonowy.
iPada uważałem przez gros czasu za całkowicie niepotrzebne ustrojstwo dla niewyżytych parówczaków, na którym można grać w gry zręcznościowe i wyświetlać Internet. Później stwierdziłem natomiast, że można tam też nosić książki, gazety, teksty ustaw, robić na nim notatki, nagrywać na nim muzykę, odtwarzać z niego muzykę, prowadzić na nim kalendarz, gotować na nim posiłki, komunikować się nim z innymi ludźmi, sprawdzać na nim pogodę ORAZ grać w gry zręcznościowe i wyświetlać Internet. Dlatego też, kiedy jeden z prowadzących zajęcia na prawie powiedział, że na następne powinniśmy przynieść ze sobą teksty ustaw Kodeks Cywilny, Kodeks Postępowania Cywilnego, Prawo o Ustroju Sądów Powszechnych, Regulamin Sądów Powszechnych, dwa Rozporządzenia Ministra, trzy Dyrektywy unijne i Podręcznik Profesora Autora Podręcznika, poszedłem do sklepu. Nie, nie do księgarni.
Społeczność wydziałowa przyjęła to ze spokojem, albo już mając iPada, albo zaraz sobie kupując iPada. Społeczność pozawydziałowa wytknęła mnie palcami i wbiła w plecy nóż szyderstwa. Ja zaś mogę sobie spokojnie chodzić na zajęcia i tracić ostatnie jednostki mięśniowe, które dotąd ćwiczyłem nosząc w torbie książki i laptopa, a które teraz relaksują się i rozpływają w niebyt.
Co do laptopa, to jego wspaniałe dokonania już kiedyś opisywałem. Teraz mogę jedynie wspomnieć o moim wspaniałym dokonaniu wobec niego. Otóż któregoś razu ni stąd ni zowąd zaczął mi narowiście burczeć wentylatorem. Jako dyplomowana złota rączka otworzyłem ustrojstwo, wymontowałem wentylator i zacząłem stosować na nim laksację i przeczyszczać go przy pomocy sprężonego powietrza, rozprężanego moim wszechwładnym palcem wskazującym. Gdybym w tym momencie zakończył karierę, wszystko byłoby dobrze (tak sobie przynajmniej rzecz tłumaczę, plując sobie w niedogoloną brodę). Postanowiłem jednak postąpić inaczej i nadać słowu "czystość" nieznany dotąd wymiar. Wziąłem mianowicie specjalistycznie zaprojektowany kawałek papieru toaletowego i owijając go wokół precyzyjnego narzędzia, za jakie uznałem swój wyżej wspomniany palec, nie przeczuwając nieszczęścia, przejechałem nim po skrzydełkach wiatraka, aby zetrzeć z nich masy kurzu zbyt utwardzone, by sprostał im strumień powietrza.
Wystarczy powiedzieć, że moją subtelność można przyrównać do huraganu Katrina, który dobrodusznym szturchnięciem umieszcza pokaźnych rozmiarów stodołę w ogródku warzywnym wietnamskiego weterana. Piąta część wentylatora poszła w drzazgi wraz z moją pękającą samooceną, perspektywami na życie i zakończenie prezentacji multimedialnej na seminarium magisterskie. A była to sobotnia noc.
Znalezienie substytutu musiało poczekać do poniedziałku, więc dla hecy wmontowałem szczerbate dziadostwo z powrotem do Lenovca i odpaliłem. Okazało się, że problem pierwotny został rozwiązany i terkocze jakby mniej. Natomiast przy wyższych obrotach laptop trochę traci przyczepność i z racji niestabilnego rozkładu ciężarów zdziebko nim gibie na boki, co powoduje dość uciążliwą wibrację komputera, jak również całego, za przeproszeniem, tapczanu. Dociagnąłem tak jednak do poniedziałku, kiedy to udałem się na Warszawską Giełdę Elektroniczną, aby kupić drugi wentylator. Udało mi się?
CHUJA. Nikt nie sprzedaje podzespołów do komputerów przenośnych, chyba że wraz z usługą serwisu, która obdarzona jest następującymi walorami:
- kosztuje jakieś 250-300 zł, podczas gdy sam sprzęcik kosztuje ok. 80 zł
- trzeba oddać laptopa na min. 4 dni, bo nie da się umówić z informatykiem, że on zamówi sprzęt, a jak już przywiozą, to mu się odda kompa na tę jebaną usługę za 300 zł i po 10 minutach roboty odbierze
- nikt nie gwarantuje, że nie wsadzą jakiegoś niepasującego gówna i nie przykleją go na ciastolinę do płyty głównej
Wobec takich odkryć musiałem przekopać tysiąc Internetów, aby wreszcie odnaleźć właściwy model wentylatora na wirtualnej półce sklepu, nigdzie indziej niż w Krakowie. Tam jednak akurat sprzedano ostatnią sztukę, więc czekam do poniedziałku na informację o dostawie. I cały czas pracuję, niczym Chrobry, na Szczerbcu. Gorąco was wszystkich pozdrawia.
Kończąc, chciałbym tylko dodać, że pod koniec września zacząłem pisać opowiadanie, żeby je opublikować na Nonsensie. Jednak, tak jak w przypadku wszystkiego innego, zabrakło mi zapału. Jeśli by było zainteresowanie, to mógłbym podrzucić to, co mam, pod waszą ocenę, czy jest sens się jeszcze kiedykolwiek za to zabierać. Dlatego poczekam sobie grzecznie na wasz odzew. W cichości serca.
Do zobaczenia.
9 komentarzy:
opublikuj plix
Pisz więcej blogaska - jest śmijesznie, że hej!
jebać plebs na 100% ;)
Dawaj. Uwielbiam twoje literki :).
Nonono, ale niespodzianka!
Trafiłam do Ciebie absolutnie przez przypadek, klikając "następny blog".
Przygodę z blogiem rozpoczęłam już jakiś czas temu, ale ostatnio google mnie dotknęły odarciem z mojego profilu i postanowiłam się odnowić, czyli założyć coś nowego.
Łącznie z nowymi znajomymi, których pewnie i tak będę odwiedzać zbyt rzadko.
Póki co nie ma u mnie za bardzo co czytać, jeden post i tyle.
Tobie natomiast muszę podziękować za styl i poczucie humoru, które będzie mnie tu ściągać od dziś zapewne regularnie.
Aha, polecić mogę ew. na priv doskonałego informatyka, który nie wpakuje Ci jakiegoś gówna do laptopa, tylko naprawdę naprawi.
Pisząca też z Lenovca i o podobnej opinii dot. iPadów i paru innych odcieni rzeczywistości
iw
Serdeczne pozdrowienia!
Miło mi Ciebie poznać :)
p.s. napisz koniecznie!
p.s. do p.s. oczywiście to opowiadanie napisz, albo i niekoniecznie, ale tu coś napisz!
dajesz opowiadanko! muszę je dołączyć do zbiorów mojej biblioteki, żeby móc co potem wypożyczyć temu bibliofilowi Markowi Pe!
hey hi hello:P no owiem Ci że blog zaczepisty:P smiesznie jest fajnie jest. przytulni etez jest:P i te twoje nienaganne wyrażanie mysli poprzez klawke:P mhh:) ostro ostro:P
a tyleczek na gorze w awatarze pozowolil mi myslec, że trafilam na bloga 'faceta' :P .
pzdr;]
fajny, naprawdę fajny blog!
Prześlij komentarz