W świadomym a przemyślanym celu podstawienia obutej stopy pod nogi fejsbucyzacji życia publicznego (mojego), niniejszym realizuję wstęp do notatki, na którą wen(er)a dopadła mnie w najmniej odpowiednim momencie, a konkretnie in flagranti pod stertą papierów umownych do przeanalizowania przed 14.00 (na zegarach 10.21). Doko-zako-wyko-ńczenie niniejszej nastąpi po powrocie na gościnne łono Mieszkaniowe, a korzystając z okazji i mimowolnego podniesienia tematu, pozdrawiam najdroższą Konkubinę.
[22/09/2011]
---
Ile się dało, jak długo było to możliwe w granicach zdrowego rozsądku i przy prawdopodobieństwie uniknięcia podejrzeń o oderwanie od rzeczywistości i pomieszanie zmysłów, usiłowałem bronić się przed myślą o tym, że nadchodzi. Po tak druzgocąco zimnym, deszczowym i krzyżującym plany lecie można było (można było?) mieć nadzieję, że u zarania powrotu do Szkółki Wyższej wystąpi krótkotrwały, powiedzmy, dwumiesięczny, okres rekompensaty pogodowej, tak żeby przynajmniej do grudnia temperatury nie spadały poniżej 25 stopni Celsjusza, a liście trzymały się swoich gałęzi jak szczenięta pitbula sutków swej pitbulej matki. Tymczasem Świat zawiódł mnie po raz kolejny w tym kwartale (roku) (życiu). Jesień wdarła się do mojego jestestwa przebojem, zrzucając pożółkłe twory drzewne przenikliwym wiatrem, wywiewając z mojej szafy szaliki i czapki z głów, zmieniając błogi zapach powietrza na ten przypominający wyziew ze starej chłodziarki, w której niechlujny rzeźnik przechowuje tuszę świętej pamięci prosiaka, który zginął w niewyjaśnionych (dla niego) okolicznościach przynajmniej parę tygodni wcześniej. Barwy Warszawy, tak malowniczej w miesiącach wakacji (kto się nie zgadza może spierdalać), przybrały w świetle przepuszczonym przez pryzmat końca września odcienie Męki Pańskiej; szaroty, buroty, Gołoty (ryło bez wyrazu) i Golgoty (gr. Γολγοθᾶ).
Nie jest jednak tak źle, żeby wypłakiwać oczy, choć oko wykol (chodź, wykol?). Do pierwszego (trzeciego) października pozostało jeszcze kilka dni, w sam raz na to, aby dokończyć fenomenalną książkę fenomenalnego polskiego autora młodego pokolenia (Balladyny i Romanse - Ignacy Karpowicz), parę razy spotkać znajomych, bez uszczerbku dla skrupulatnie zaplanowanego planu dowolnie wybranego dnia w roku akademickim (lol), czy też nauczyć świeżo przybyłego szczeniaka aby nie sikał na podłogę! Tak jest w istocie, od dni dokładnie czterech jestem szczęśliwym [anachronizm] panem [/anachronizm] dwukilostugramowego helikoptera typu West Highland White Terrier pci żeńskiej maści przeciwświerzbowej charakteru psychopatycznie miłującego wszystko (i mnie). Osobom, które zadały sobie trud, ból i pokutę za najcięższe grzechy znane Kościołowi Katolickiemu śledzenia mojego bloga (albo mojego życia w realu) od dłuższego czasu, dziwnym wydać się może moje wejście w posiadanie stworzenia rasy psiej, z racji niezaprzeczalnego faktu (nie ma zaprzeczalnych faktów, pleonazm +1) (również na Google+) mojej kotomanii i kotofilii (bez kotonotacji erotycznych). Wasze (Twoje?) ([brak zaimka + wielka litera "Z"]) zdziwienie jest jak najbardziej usprawiedliwione i zrozumiałe, gdyż w istocie koty kocham jak własną Matkę, lecz niezaprzeczalnie kocham również pozostałe istoty puche i rozmiarów nikłych, takie jak myszki, wiewiórki, ptaszki, cielątka, lwy, tygrysy, brontozaur oraz pieski właśnie. Moja miłość cierpliwa jest, łaskawa jest, nie unosi się, lecz raczej schyla (bynajmniej nie po mydło) do przyziemnego stwora i wyraża się w czynach i słowach (i myślach - Beata Kozidrak), przypominających gaworzenie i postępowanie ledwo wyklutego potomstwa człowieczego, i summa summarum czyniących mnie jak cymbał brzmiącym. Zatem piesek mały imieniem Hejka! zawitał w nasze progi, i zawitawszy obsikał je doszczętnie. Poza tym jest bardzo mądry, szybko się uczy różnych rzeczy i problemów z nim niewiele (oprócz konieczności trzymania na podorędziu gąbki i ścierki). Kocham piesek.
Nie lubię za to jesieni. To znaczy bywa, że lubię. Wspomnienie spaceru po Łazienkach Królewskich sprzed lat (Krzysztof lat 10) (Rodzice), a także sprzed lat (Krzysztof lat 19) (Przyjaciele licealni), kiedy korony drzew się złociły, słońce kolor miało miodu spadziowego, a dla uniknięcia hipotermii wystarczyła marynarka sztruks oraz szalik dzianina, wspomnieniem jest miłym, przyjemnym, wzorowym przykładem jesieni, jeśli nie pożądanej, to zalecanej przez specjalistów.
Oby taka nadeszła prędko. Innej nie chcemy. Wyprzedaż.
Nie lubię za to jesieni. To znaczy bywa, że lubię. Wspomnienie spaceru po Łazienkach Królewskich sprzed lat (Krzysztof lat 10) (Rodzice), a także sprzed lat (Krzysztof lat 19) (Przyjaciele licealni), kiedy korony drzew się złociły, słońce kolor miało miodu spadziowego, a dla uniknięcia hipotermii wystarczyła marynarka sztruks oraz szalik dzianina, wspomnieniem jest miłym, przyjemnym, wzorowym przykładem jesieni, jeśli nie pożądanej, to zalecanej przez specjalistów.
Oby taka nadeszła prędko. Innej nie chcemy. Wyprzedaż.
JESIEŃ
szara, krajowa
szara, krajowa
9,99 zł
6 komentarzy:
I ja kocham piesek!
Wolałabym za to Jesień Złota, kraj pochodzenia - Chorwacja, 14,99pln.
A wiedziałam, że warto zanotować gdzie bloga. Długo cisza tu, długo nie zaglądałam a tu taki rarytas dojrzewał.
Pozdrawiam.
P.S. mi "Jesieni, Ty niedobra Tyyyyy" w iście Iglesiasowym stylu pod strzechę wlazła...
Hrabi i "Terapia". I piwo.
Wow, witam serdecznie. Takiego niepoprawnego optymisty to dawno nie widziałem, do grudnia temperatury powyżej 25 stopni, ale podoba mi się twój tok myślenia bo sam nie za bardzo przepadam za zimą.
Sądzę, że jak wiele osób będzie w coś wierzyć to nie ma bata, musi się spełnić. Dlatego do grudnia temp oscyluje w okolicy 20 st, a potem tylko cieplej.
Szaliki do szaf!
free fall backgrounds,fall backgrounds desktop,fall wallpaper,fall myspace wallpaper,wallpaper,desktop backgrounds | Wallpaper | best fall backgrounds | fall backgrounds
kolibry z mojego bloga pozdrawiają te Twoje!
Prześlij komentarz