Gdyby moje realne życie było odzwierciedleniem mojej systematyczności w prowadzeniu bloga, byłbym w tej chwili już mocno nadgniłym osobnikiem, prawdopodobnie dość ekstensywnie umorusanym glebą, i dość nieprzyjemnie byłoby siedzieć koło mnie w autobusie. Tym niemniej wracam na łono NeoNonsensu, ze swoją zwyczajną swadą i cierpkim intelektem.
Powrót ten nie jest przypadkowy. Właściwie nadszedł moment dość oczywisty, aby powrócić do pisania bloga. Mianowicie, nadchodzi wielkimi krokami okres sezonowego zapieprzu intelektualnego, który to okres najprzyjemniej spędza się przed razową tabulą blogiennego okienka, tudzież przed innym bezproduktywnym pożeraczem czasu, który nic nikomu w życiu nie przyniesie, paska postępu przygotowań do egzaminów nie popchnie, a jedynie krwi napsuje, wzrok popsuje i garb umocni w posadach. Dlatego też ekce homo, fora ze dwora i wyskakuję jak Filip z konopii, aby dzielić się swym nędznym jestestwem i nie wnosić absolutnie niczego do historii absolutnie czegokolwiek.
Zdarzyło się dzisiejszego wieczora, że wziąłem pod pachę podręcznik do Doktryn polityczno-prawnych (lub jakkolwiek inaczej nazywa się ten mitologiczny przedmiot), po czym udałem się do salonu i przystąpiłem do oglądania Incepcji wraz z rodzicami. Rodzice nie potrafili docenić arcydzieła, bądź to szlifując paznokcie nadstrzępione kuchenną rozpierduchą świąteczną, bądź to pochrapując zawzięcie w momentach objawień i oznajmiając niezrozumienie w momentach zastosowania wiedzy objawionej w praktyce. Ja jednak, jako osoba obeznana, bywała, nonszalancka i glikokalks, po raz drugi, lecz bynajmniej nie ostatni, unurzałem się po szyję w mistrzowskiej historii Krzysztofa Nolana, aby westchnąć po raz drugi w trakcie finałowego ujęcia, tak szubrawczo upierdolonego nad wyraz zbyt wcześnie. Ujęcie owo, skwitowane przez Rodzica B oznajmieniem chęci udania się na spoczynek, wyprowadziło mnie z salonu, jednakże bez podręcznika do Doktryn polityczno-prawnych (lub jakkolwiek inaczej nazywa się ten przedmiot), po którego wrócić obecnie nie mogę, z racji zagrożenia obudzeniem Rodzica i wznieceniem wyrzutów sumienia u mnie i wyrzutów niechęci u wyżej wspomnianego. Kolejny wieczór z konieczności pozbawiony zostanie absorpcji wiedzy. Pech to pech.
W zanadrzu mam, dla złagodzenia tragedii niniejszej, do wyboru: pogrążenie się w lekturze autobiografii Wojciecha Manna, który zaiste jest gruby, lub zagłębienie się (nomen niestety nie omen) w dziele Monologi Waginy, które ma, jak zachwalają recenzenci, otworzyć przede mną zupełnie nowy świat kobiecego jestestwa. Obie propozycje wydają się kuszące, a skoro dochodzi godzina pierwsza w nocy, to propozycję snu możemy odrzucić, gdyż jest to pora, w której najmniej na świecie chce mi się spać. To dość charakterystyczny wyznacznik, gdyż poza tym momentem spać chce mi się niemal nieustannie.
Jako że nadchodzi czas wyboru, staję przed koniecznością przygotowania się na dokonanie go. Wobec tego znikam z powierzchni krzesła i odchodzę w świat ważkich zagadnień i braku łatwych odpowiedzi.
Bóg wie, kiedy zawitam tu ponownie. Choć znając krzywą zapału krzywha, prawdopodobnie będzie to jeszcze dziś (lub jutro, w zależności od tego czy przyjmiemy koncepcję dnia kończącego się zaśnięciem, czy dnia zegarowego).
4 komentarze:
ja jebie, nie to mi sie klikło, przepraszam :)
chciałam napisać, że znam tę krzywą zapału do blogowania, a jeszcze lepiej znam tę szaleńczą chęć zgłębiania wiedzy. na samą myśl "Norwid" odruchuję wymiotnie. rzygi.
"filip", nie "Filip", bo to chodzi o zająca, nie o Filipa :)
"filip", nie "Filip", bo to chodzi o zająca, nie o Filipa :)
A to ciekawe! Dziękuję ciociu Aldonko! :*
służę <3
Prześlij komentarz