Zmiany klimatu mogą być zdradliwe. Przekonałem się o tym jednak nie po zmianie klimatu na ten cieplejszy, ale dopiero po powrocie do tego umiarkowanego. Pod moją nieobecność stał się on bowiem tundrą i tajgą, zamiast fanfarów i ciepłego obiadku powitały mnie deszcze i słoty, a swoje opalone stópki przedzierzgnąć musiałem z sandałków w grube skarpety i obuwie do spacerowania po wiecznej zmarzlinie. Wczoraj zapadłem na przewlekłą chorobę zwaną rokiem akademickim, którą dzisiaj za pozwoleniem Dziekana USOSa mogłem odespać do godziny 12.30. Obawiam się wszak, że w miarę postępowania tego schorzenia takie wyrównywanie poziomu snu w organizmie może się stawać coraz trudniejsze, jeśli nie niewykonalne. Pocieszam się jednak myślą, że nie będę miał czasu na odsypianie, co pozbawi mnie zbędnych dywagacji z samym sobą na temat efektywnego wykorzystywania czasu. Pierwszy egzamin, niewykluczone, już w połowie listopada. Drogi egzamin mojemu sercu (i nie tylko jemu), więc oblać go nie idzie. W międzyczasie przedmuchiwał będę również rury, a być może zajmę się także czymś innym. Tak czy inaczej, trzeba przerzucić się z trybu wakacyjnego w tryb szkolny. Ciężka to robota i trudne zadanie, jednak do wytrwałych i odważnych świat należy, a czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Idę zatem nasiąkać, bo tak sobie czasem myślę, że na starość chciałbym śmierdzieć jak mało kto.
1 komentarz:
Ano, nie ma lekko! Ja miałam wolny dzień a i tak musiałam wstać o 6 i nasiąkać mroźnym powiewem sękocińskich lasów...
Prześlij komentarz