niedziela, 6 września 2009

Do an MRI, czyli historia niejednego schorzenia

Na początku była szarość. Szarość w odcieniu szarości grafitowej, szarości żelaznej, szarości skarżysko-kamiennej, czymkolwiek jest skarżysk. Z szarości z wolna, wiedzione nieznaną siłą, podobną do grawitacji, zaczęły wynurzać się kontury prostokątnego obiektu z zaokrąglonymi kantami i jarzeniowym wnętrzem. Kilka ruchów powiek wystarczyło, by kształty sporządniały, babcia stała się wyraźniejsza, jakoby zażyła była dawkę Rutinoscorbinu, a barwy grzecznie wróciły na miejsce i nie wierciły się poza liniami. Ekran komputera spoglądał dumnie na właściciela powiek, a także gałek ocznych, nerwów wzrokowych oraz wszechinterpretującego mózgowia, który zza zapleśniałej mordy usiłował dopasować sygnały do bodźców otoczenia. Tak jest, drogie dzieci. Kiedy przydarzą wam się kiedyś wakacje - nie ulegajcie urokowi czekających na was pięciu serii serialu o antypatycznym, ale przecież zabawnym, niedogolonym doktorze. Grozi to bowiem bardzo poważnymi powikłaniami, takimi jak przetłuszczone włosy, uboga dieta, ubytki w śnie i w zębach oraz ogólny syndrom sparciałego ryja. Nauczony doświadczeniem, kontynuuję nadrabianie zaległości, limitując sobie wszakże dawkę kulawego skurwla do trzech odcinków na dobę. No, może czterech.

Nie on jeden zniszczył mi cerę i życie towarzyskie. Równie zdradzieckim okazał się powrót do przeszłości, jakim było (powiedzmy) NABYCIE gry komputerowej, w której tłucze się kebabów i ich sprzymierzeńców przy pomocy schludnie ułożonych oddziałów piechoty i kawalerii. No bo jakim sposobem dorosły mężczyzna może odpuścić zapoconemu turowi, kiedy ten morduje jego schludne oddziały? Nie ma chuja, Azjato! - krzyczę, miażdżąc resztki klawiatury i zgryzając resztki szkliwa, nie bacząc na zgłaszane akcesy do Unii Europejskiej i protesty ze strony śpiących domowników. W końcu przeszedłem tę misję, rzecz jasna. Zdeterminowany samiec się nie poddaje. Niestety, nie była to ostatnia trudna misja.

Cóż może robić człowiek o 7.50? Nie no, dobra. Źle zadane pytanie. Co JA mogę robić w połowie września o 7.50? Dla ułatwienia podpowiem, że nie mam żadnych sprecyzowanych planów na ten termin. Oczywiście! SPAĆ! Tymczasem sen przerywa dzwonienie telefonu, burczenie wibratora i skrzypienie otwierających się powiek. Kto zacz? Gdzie te widły? - te pytanie nasunęły mi się od razu. Naprawdę. Tymczasem okazało się, że sztylet w plecy mi wbija, cios w genitalia mi wymierza, włosy z naskórka mi wyrywa nie kto inny, jak moja własna dziewczyna, której warunki komunikacyjne nie pozwoliły na dobrowolne oddawanie się gryzieniu gleby i przyjacielskiemu poklepywaniu roślin po plecach. Postanowiła na to miejsce umilić mi dzionek swoją obecnością, którą to obecność zaanonsowała na okolice wczesnego przedpołudnia, czyli dokładnie to miejsce na osi czasu, w którym byłbym się obudził, gdyby mi nie zamordowała regenerującej fantazji erotycznej z małoletnimi azjatkami* swoim słodkim telefonowaniem. Dalsze dzieje dnia pokazały jednak, że wizyta nie była całkowitą marnacją cennego, jak to mówią, czasu.

Czymże jest życie człowiecze bez kultury, która uwrażliwia go wewnętrznie i karmi jego karmę duchową karmą? Będąc tego świadomym, ale nie chcąc nadmiernie przyspieszać biegu wydarzeń, dokończyłem odcinek House'a i wyszedłem.

...a na zewnątrz - ojajebe! Ludzi co niemiara, głównie dziwnych i głównie młodych, z głośników biją krynice jakiej diabłowej kopulacji odgłosów, a wszystko wydaje się nieco wilgotne. Orange Warsaw Festival. Muzyka młodego pokolenia, której swoim geriatrycznym uchem słuchać nie chciałem i nie lubiałem. Ale poszłem - z grupą znajomych, która przyrastała lawinowo w miarę zbliżania się do sceny, na której fruwał Murzyn zupełnie nieprzykuty do podłoża! Niejeden by się przeraził nie na żarty, jako i ja się przeraziłem. Po jakimś czasie okazało się jednak, że Murzyn całkiem nieźle wymiata i gra i śpiewa hip-hop z muzyką na żywo, która brzmi jak całkiem ostry rock. Dobrzem się bawił. A potem przyszła moja Urodna ze swoją Psiapsiółą, oraz mój Psiapsiół ze swoimi Urodnymi (flaszkami) oraz dwójką koleżanek. Zabawa rozkręcała się proporcjonalnie do zakrętek napojów, a wiśniucha i siwucha wiedzą doskonale, jak się bawić. Doskonałe wrażenia zapewniał Migrujący Tłum, najnowsza oferta Orange dla klientów indywidualnych, oparta na sieciach neuronowych ulegających masowemu zniszczeniu w promieniu kilkuset metrów od odbiornika bodźców, szturchów i kopniaków z przydeptem. Ale dość tej specyfikacji technicznej. Tańce na zimnie, na placu, na ciemnie, bez odzieży wierzchniej, ale za to z promilkami we krwi to uczucie bardzo bakchiczne i pierwotne, dlatego tak bardzo wszystkim nam się podobało. A słuchanie głośnej muzyki na słuchawkach w drodze powrotnej do domu (muzyki adekwatnej do wieku, to jest - artystów zagrożonych wymarciem) to czysta ekstaza, którą powstrzymywały tylko osłabione normy społeczne w wesołym, podchmielonym autobusie nocnym linii N24.

Jaki z tego morał, dzieci? Jeśli nie chcecie wyjść na idiotów i rozbić sobie łokcia tańcząc na placu Defilad po pijaku i w efekcie tych czynności upadając na ziemię, przy jednoczesnym wysypywaniu czipsów bekonowych - zostańcie w domu i oglądajcie tego cholernego House'a!

---
* w to miejsce wstaw to, co dla Ciebie najważniejsze. No, widzisz teraz com czuł?!

8 komentarzy:

Pasqui pisze...

Azjatki, taaak!? Uważaj lepiej, bo mi się ostatnio śnił House!

Unknown pisze...

EMR raczej. Bo i skąd to "an"?

Krzysztof pisze...

Stąd że "em" jest głoską brzmiącą jak samogłoska na początku, dlatego używa się "an". Nie wiem jak to się fachowo nazywa. :/

Unknown pisze...

imho ma coś wspólnego z elektromagnetyzmem, don't ya think? ;]
stąd e na początku. Ale też nie jestem pewny jak się to fachowo nazywa.

Krzysztof pisze...

MRI – magnetic resonance imaging

Unknown pisze...

Ok, szacun. Ale! nadal uważam, że masz źle, myślę, że house mówi albo: do a mri, albo, do a NMRI (i wtedy słyszysz "do an mri")

http://en.wikipedia.org/wiki/Nuclear_magnetic_resonance_imaging

;>

aniap30 pisze...

"lubiałem"? brrrr

Krzysztof pisze...

-> "poszłem"? ;)