Organ nieużywany zanika, a mój mózg jest na najlepszej drodze do takiego właśnie zniknięcia. Postanowiłem w związku z tym odświeżyć znajomość z NeoNonsensem, którą zarzuciłem w wyniku traumatycznych przeżyć związanych z letnią sesją egzaminacyjną roku akademickiego 2008/2009. Mógłbym tutaj pierdolnąć taki pełny empatii wstęp, że wiem, że rozumiem, że na innych kierunkach jest dwa, trzy, milion razy tyle egzaminów, co u mnie, że stan akademicki nierówny, że pod względem liczby egzaminów można wyróżnić studenckich magnatów, studencką szlachtę średnią, zagrodową, zaściankową, studencką gołotę, a ja plasuję się między zaściankiem a zagrodą w tej szczegółowej klasyfikacji. Tymczasem - nie pierdolnę takiego wstępu, mimo że mimowolnie pierdolnąłem właśnie coś w podobny deseń, ponieważ skłaniam się raczej ku poglądowi, że sesja egzaminacyjna jest osobistą, intymną tragedią każdego studenta z osobna. Nieważne czy egzaminów jest dziesięć, czy trzy - sesja jest tak samo stresująca i niepożądana.
Tak czy siak, sesja się skończyła, skończyła się niespodziewanym sukcesem. Na tyle niespodziewanym, że poluzowała mi się żuchwa, gdy dowiedziałem się, jakie oceny otrzymałem od szczodrobliwych oceniających. Jednocześnie naszła mnie niepokojąca refleksja nad kryteriami oceniania i nieobiektywnością wyników w nauce, a w efekcie - niejednolitością poziomu wiedzy poszczególnych studentów. Nieważne zresztą. Oceny mam dobre, w miarę zasłużone, może uda się nawet podessać trochę fundusza z uniwersyteckiej kabzy. Byłoby całkiem klawo.
Czas na resztę nowości w moim życiu, które postaram się wymienić punktowo, bo to zaoszczędzi mi pisania i drogocennego czasu.
Dawno nie pisałem, to i zapomniałem, że pisze się fajnie. Ale już sobie przypomniałem, że fajnie się pisze, więc niewykluczone, że będę pisał troszkę częściej. :)
Pozdrawiam wszystkich kuracjuszy, rekonwalescentów i wakacjowiczów resztę.
---
A na koniec może cytat z Silnego:
Tak czy siak, sesja się skończyła, skończyła się niespodziewanym sukcesem. Na tyle niespodziewanym, że poluzowała mi się żuchwa, gdy dowiedziałem się, jakie oceny otrzymałem od szczodrobliwych oceniających. Jednocześnie naszła mnie niepokojąca refleksja nad kryteriami oceniania i nieobiektywnością wyników w nauce, a w efekcie - niejednolitością poziomu wiedzy poszczególnych studentów. Nieważne zresztą. Oceny mam dobre, w miarę zasłużone, może uda się nawet podessać trochę fundusza z uniwersyteckiej kabzy. Byłoby całkiem klawo.
Czas na resztę nowości w moim życiu, które postaram się wymienić punktowo, bo to zaoszczędzi mi pisania i drogocennego czasu.
- strefa płatnego parkowania dotarła aż do samej Wisły od zachodu, w związku z czym obrażam się na samochód i ograniczam jego użytkowanie do niezbędnego minimum, które w znakomitej większości przypadków sprowadza się do dojeżdżania na Bednarską na poranne dyżury radiowe.
- w czasie wakacji, który nastał, mam na wszystko niesamowicie wyjebane. poddaję się prądowi zdarzeń, decyzjom innych, daję się prowadzić za rękę i wodzić za nos. nie chce mi się zastanawiać, rozważać "za" i "przeciw", rozpartywać wariantów, kłócić się, stawiać na swoim. Generalnie, w większości przypadków, przystaję na to, co jest łatwiejsze w wykonaniu, i nie zawracam sobie niczym głowy. I to, proszę Państwa, jest dopiero wypoczynek.
- po zakończeniu serialu Battlestar Galactica, który okazał się Rafaelem Santi dla moich zwojów mózgowych, trudno mi się otrząsnąć z wrażenia, jakie na mnie wywarł. Godne polecenia są zwłaszcza jego dwie ostatnie serie, ale oczywiście oglądanie ich bez zapoznania się z dwoma pierwszymi byłoby zupełnie bezzasadne. Tymczasem refleksja na ten temat przychodzi taka: nie należy oceniać rzeczy po okładce. Gdybym nadal kierował się wrażeniem, że serial osadzony w realiach kosmicznych musi być tragicznym gównem, nie sięgnąłbym po BSG i nie dowiedziałbym się, że tak naprawdę to uniwersalne studium ludzkiej natury, socjologiczno-psychologiczna analiza człowieczeństwa, epitafium dla cywilizacji i analiza jej zagrożeń i dylematów. Znamienne jest to, że twórców i aktorów tego serialu zaproszono na dyskusję panelową na temat terroryzmu, wojen, problemów dzieci, uchodźctwa czy aborcji w ONZ. Naprawdę gorąco polecam. A ichniejsza aranżacja "All along the watchtower" jest dla mnie aktywatorem dreszczy na plecach. :)
- Nadszedł również czas, w którym mogę pochylić się wreszcie nad literaturą piękną, której brakowało mi w ciągu roku akademickiego. Kilka pozycji już czeka na moje miłościwe zainteresowanie i pasjonacką konsumpcję. Dotychczas udało mi się skończyć "Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną". Co wybiorę następnie wciąż stanowi dla mnie zagadkę, ponieważ jest kilka książek, z którymi jestem w trudnej sytuacji życiowej; zacząłem, przerwałem, nie dokończyłem, odłożyłem, czas minął, a ja już nie wiem o co chodzi. Dlatego też będę prawdopodobnie musiał zacząć je czytać od początku. W takiej przykrej sytuacji znalazł się między innymi "Paragraf 22" Hellera, w którego przypadku nie mogę sobie pozwolić na szczątkowe zrozumienie treści... :)
- Zbliżają się również moje 20. urodziny. Ale nie mam specjalnych przemyśleń na ten temat.
- Wkrótce też wyjazd na żagle, na który czekam jak na zbawienie.
- Wspomnieć muszę także o odbytej niedawno wycieczce rowerowej z Karolkom Sz., w czasie której zjechaliśmy pół Warszawy w rekordowo krótkim czasie, na trasie 35 kilometrów i było nam bardzo przyjemne i poszliśmy na szejka do magdonalda. Superancko i piona.
Dawno nie pisałem, to i zapomniałem, że pisze się fajnie. Ale już sobie przypomniałem, że fajnie się pisze, więc niewykluczone, że będę pisał troszkę częściej. :)
Pozdrawiam wszystkich kuracjuszy, rekonwalescentów i wakacjowiczów resztę.
---
A na koniec może cytat z Silnego:
Lecz już nad tym nie myślę więcej, gdyż możliwość myślenia również nagle tracę, co symbolizuje ostatecznie mój regres w kierunku roślinności.Silny
Dorota Masłowska - "Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną"
Amen i awemaryja.
9 komentarzy:
zapomniałeś o szlachcie goliźnie!
pisz, co czytasz, ciekawa jestem :)
z tymi książkami to też mam podobnież niestety mości panie studencie ;) i to jst moja osobista tragedia, która każe mi po raz czwarty podejść do "Idioty" Dostojewskiego.
o, właśnie czytam "idiotę" :)
Silny jest lingwistycznym mocarzem. A ja również mam wyjebane, bo siedze za biurkiem. Jutro przyniose do pracy pilnik i będe piłować różowe paznokietki jak prawdziwa pracownica biurowa.
Czy "Wojna.." jest tak samo pustym misz-maszem postmodernistycznym w literackim oryginale jak na ekranie?
zależy jak się ją interpretuje i z jakim nastawieniem się do niej podchodzi, więc Tobie akurat mogę odpowiedzieć, że jest. ;]
A co to ma wspólnego? Często zdarzają się chujowe ekranizacje dobrych książek.
piona!
a ja czytam kuczoka. gnój. o.
Ekranizacja jest dosyć wierna książkowemu oryginałowi, właściwie można powiedzieć, że jest skrupulatnie oddanym na ekranie tekstem powieści, z powycinanymi tylko pewnymi fragmentami.
Prześlij komentarz