














Już wczorajszy wieczór zdawał się wskazywać wyraźnie i dobitnie, że dzień dzisiejszy przepełniony będzie niestrudzonymi próbami wydrylowania mojej sułtańskiej oliwki (Anus) przez wrogie elementy zewnętrzne.
Przy kolacji, spożywanej w towarzystwie Charliego Sheena i jego kompanii z Two and a half Men, komputer przenośny marki LENOVO znienacka doznał palpitacji pierdolnika i wyjebał na środek ekranu zawartość swoich jelit, poprzez zmianę trybu baterii, zablokowanie pamięci, napierdalanie procesorem, zawieszeniem się wszelkich otwartych programów, zmniejszeniem rozdzielczości do 640x480 i generalną odmową współpracy. Ku mojemu wielkiemu nieszczęściu, stało się to w momencie w którym nie zdążyłem jeszcze zapisać notatek, które prowadziłem w Wordzie w trakcie nauki do poniedziałkowego egzaminu z prawa Unii Europejskiej. Licząc na łut szczęścia i sprawne działanie funkcji autozapisywania, pozwoliłem sobie na chwilę ekstrawagancji i odciąłem dziadowi zasilanie, aby po bożemu skurwla zrestartować. Restart był doskonałym remedium na wszystkie zaistniałe z niewiadomych przyczyn dolegliwości, z wyjątkiem problemu z notatkami z Unii, które, pojawiwszy się na liście dokumentów odzyskanych, po kliknięciu na ich obiecujące liczko oznajmiły, że nie dało się ich uratować.
Odtworzenie notatek zajęło mi trochę czasu, w związku z czym połogu doznałem grubo po godzinie 1.00 w nocy, co przy konieczności porannej erekcji w okolicach 6.30 stanowiło czynnik skłaniający mnie ku jebnięciu na plecy. Poranek stanął na wysokości zadania i był tak kurewsko niezdatny do użytku, że płakać się chciało. Zamiast płakania wybrałem jednak podkurwiwanie pod nosem przy śniadanku, przy którym na moment rozchmurzyło mnie słodkie pierdzenie Wojewódzkiego z Figurskim, którzy pierdolili niemiłosiernie na swoją zwyczajową modłę.
Los okazał się jednak mrużyć oczko w kolorze niepokojącego brązu, co wyszło na jaw, kiedy wsiadłszy do autobusu przekonałem się, że jego kierowca jest najuprzejmiejszą osobą na świecie, skorą do przepuszczania w wąskich gardzielach saskokępskich uliczek wszelkich pojazdów jadących z naprzeciwka, przez co w wysokim stopniu przyczynił się do mojej spóźnionej aparycji na zajęciach, które i tak rozpoczęły się z półgodzinnym, zapowiedzianym wcześniej, opóźnieniem, w związku z czym wyszedłem na wała w dwójnasób.
Radości nie było końca również w pracy, do której udałem się po szczęśliwie zakończonym dniu zajęć na uczelni, około godziny 11.30. Uśmiechy i przyjacielskie poklepywania po plecach powitały mnie już o 11.45, mimo że we wtorki zaczynam punkt 12.00. Ze stoickim spokojem puściłem mimo uszu wzmiankę o pilności zadania i popijając firmową Nałęczowiankę doczekałem do południa, kiedy to zabrałem manele i puściłem się w spodnie w drogę do Sądu Okręgowego, zahaczając po drodze o inne miejsca, kryjące bonusowe questy.
Po drodze usiłowałem także dodzwonić się do Urzędu Skarbowego, który w swej hipokrytycznej gnuśności spóźnia się z dostarczeniem mi numeru NIP, o który wnioskowałem ponad miesiąc temu, a który, wedle zapewnień, miał mi zostać przyznany w ciągu dwóch tygodni. Kiedy dodzwoniłem się do jakiejś Panienki, ta poleciła mi zadzwonić do jej Koleżanki, która bezpośrednio zajmuje się Tymi Sprawami. Numer telefonu, który zapisałem na pochwyconej w międzyczasie wizytówce burżujskiej knajpy, w której odbierałem akurat fakturę VAT na Firmę, okazał się odpowiadać nonszalancką zajętością za każdym razem, kiedy go wybierałem. Ulicznym pokurwiwaniom nie było końca. Zwłaszcza, że ciemne chmury na niebie w każdej chwili groziły jebnięciem opadu.
W Sądzie poszło szybko i jak z płatka, zważywszy, że ochroniarz nie zgwałcił mnie swoją metalolubną pałą, kiedy zapomniawszy zdjąć empetrójkę przeszedłem przez piszczące odrzwia, a także z tego względu, że w przeciwieństwie do poprzedniej wizyty w S.O., nie wyjebałem się niemalże o marmurowe schody przy dźwięku donośnego tąpnięcia. Oprócz drobnych niekompetencji, wykazywanych przez pracownicę Biura Obsługi Interesantów, nic mnie zanadto nie wkurwiło.
W drodze powrotnej do Kancelarii zahaczyłem o restaurację tajską, której ulotkę reklamową wręczył mi jakiś zarośnięty buc przed wejściem do Sądu. Zwabiony egzotyką miejsca i stosunkowo niskimi cenami, wszedłem do owego pobliskiego przybytku niesamowitości, po czym cudem powstrzymałem rzyg, który wezbrał we mnie na doświadczenie zapachu relaksującego kadzidełka, który przepełniał lokum. Zamówiłem zupę z mleczkiem kokosowym, trawą cytrynową, czymśtam i kurczakiem. Po otrzymaniu i skosztowaniu jejże poczułem niezmierne wzruszenie, jak również objawy zaawansowanej grypy, gdy zaniosłem się kaszlem, a moje kanaliki łzowe i nozdrza wypełniły się wydzieliną, składającą się z molekuł usiłujących opuścić moje palone żywcem ciało. Z lunchu wyszedłem odświeżony i rześki, lekko tylko pociągając nosem i pokurwiwując z uznaniem dla smakowitego posiłku.
Po moim powrocie do Kancelarii koleżanki z Sekretariatu przekazały mi wiadomość, iż inna koleżanka potrzebuje pomocy przy kserokopiarce. Będąc dobrym człowiekiem i uczynnym kolegą, pospieszyłem z uśmiechem w wyżej wskazane miejsce, aby odkryć, że pomieszczenie zajebane jest papierami, które trzeba posegregować, poukładać w komplety i pozszywać. Pierdolnąwszy się na podłodze, nieopodal Współpracowniczki, zacząłem nakurwiać, opracowując sprytny sposób z układaniem papierów od końca i namaczaniem palców w wilgotnej gąbce do mycia naczyń, aby łatwiej się chwytało, a wszystko to wzorem Pań pracujących w urzędach Pocztowych. Dodało mi to animuszu i wyglądu totalnego pojebca, czym się wszakże nie przejmowałem, bo robota szła szybko. Po trzech godzinach szybkiej roboty stwierdziłem, że mam to wszytko w dupie i porzuciłem stanowisko. Owo nihilistyczne zachowanie ułatwił mi fakt, że odjebałem 80% roboty, czym wykreowałem zupełnie nową definicję słowa "pomoc", zbliżającą się zakresowo do definicji frazeologizmu "dać się wychujać".
Po dokonaniu kilku dodatkowych zadań pobocznych, usiłowałem uczynić coś przy Komputerze. Okazało się jednak, że przy Komputerze niczego uczynić nie mogę. Wśród rzeczy, których nie mogłem uczynić, znajdowało się (1) zalogowanie na fejsbuka, (2) zalogowanie się na maila, (3) zalogowanie się do Strefy Klienta w Aster. Mój analityczny umysł szybko powiązał fakt takiego zachowania się serwisów internetowych z wczorajszą awarią komputera, w wyniku którego to powiązania powziąłem myśl, że padłem ofiarą złodziei danych osobowych i że moje życie straciło wszelką rację bytu. Jak się jednak okazało, po zmienieniu hasła na fejsbuku i kilkukrotnym zesraniu się w gacie, na moim laptopie, którego miałem przy sobie z racji zajęć na uczelni, wszystko działa w porządku, a tym, co nie działa, czy też raczej - działa wybiórczo, jest przeglądarka internetowa na moim Komputerze w Pracy. Tyle ulgi.
Korzystając z chwili wolnego czasu postanowiłem podzwonić jeszcze chwilę do Urzędu i do Pani Odpowiedzialnej za Zjebanie Mojego NIP-u, jednak dodzwonić się nie mogłem. Postanowiłem zatem ściągnąć z LEX-a wzór skargi na bezczynność organu administracji, lecz nie mogłem tego zrobić, bo akurat LEX się zepsuł. Wobec powyższych niepowodzeń, posapując i pokurwiwując, opuściłem przybytek pracy.
Droga do domu, którą miałem ruszyć w kierunku bezpiecznych stron, okazała się być całkowicie zajebaną samochodami, które w ogóle nie wydawały się jechać, z wyjątkiem karetek pogotowia i innych służb na kogutach, które poruszały się po torach tramwajowych w stronę mostu. Zdecydowałem się, dokonawszy tego spostrzeżenia, udać się w kierunku drogi alternatywnej, która w zamyśle pozwoliłaby mi na szybsze dostanie się do domu. Pomysł wypalił, aczkolwiek podróż przypłaciłem stratami moralnymi, kiedy nie bacząc na przeciwności wparowałem do zapchanego po brzegi autobusu. Po drodze towarzystwo miłych pasażerów w średnim wieku fundowało sobie małe LAN Party, usiłując podpiąć mi się do dupska różnymi elementami swojego wyposażenia. Kiedy cudem wysiadłem na przystanku docelowym pokurwiwałem już zupełnie bez ogródek, którą to czynność wzmogłem jeszcze w reakcji na pierwsze krople obszczywia, które zaczęło kapać mi na wymięte odzienie biurowe. Po szczęśliwym dotarciu do domu, w którym NIE BYŁO zamówionej przeze mnie przesyłki, która teoretycznie mogłaby stanowić jaśniejszy punkt dzisiejszego dnia, zamówiłem kubełek KFC, wobec którego przezornie nie miałem dużych oczekiwań. Przybył jednak punktualnie, a jego zawartość była ciepła i smaczna, wobec czego trochę mi się polepszyło.
Teraz zaś, tym pięknym popołudniem, mogę udać się na zasłużony BRAK odpoczynku, związany z koniecznością nauki do egzaminu z Unii.
Isnieje jeszcze szansa, że cały ten wysr, który klepię od pół godziny, nie zapisze się i na zbity chuj pójdzie cały wysiłek, ale to chyba byłaby już przesada.
Co nie?
Po drodze usiłowałem także dodzwonić się do Urzędu Skarbowego, który w swej hipokrytycznej gnuśności spóźnia się z dostarczeniem mi numeru NIP, o który wnioskowałem ponad miesiąc temu, a który, wedle zapewnień, miał mi zostać przyznany w ciągu dwóch tygodni. Kiedy dodzwoniłem się do jakiejś Panienki, ta poleciła mi zadzwonić do jej Koleżanki, która bezpośrednio zajmuje się Tymi Sprawami. Numer telefonu, który zapisałem na pochwyconej w międzyczasie wizytówce burżujskiej knajpy, w której odbierałem akurat fakturę VAT na Firmę, okazał się odpowiadać nonszalancką zajętością za każdym razem, kiedy go wybierałem. Ulicznym pokurwiwaniom nie było końca. Zwłaszcza, że ciemne chmury na niebie w każdej chwili groziły jebnięciem opadu.
W Sądzie poszło szybko i jak z płatka, zważywszy, że ochroniarz nie zgwałcił mnie swoją metalolubną pałą, kiedy zapomniawszy zdjąć empetrójkę przeszedłem przez piszczące odrzwia, a także z tego względu, że w przeciwieństwie do poprzedniej wizyty w S.O., nie wyjebałem się niemalże o marmurowe schody przy dźwięku donośnego tąpnięcia. Oprócz drobnych niekompetencji, wykazywanych przez pracownicę Biura Obsługi Interesantów, nic mnie zanadto nie wkurwiło.
W drodze powrotnej do Kancelarii zahaczyłem o restaurację tajską, której ulotkę reklamową wręczył mi jakiś zarośnięty buc przed wejściem do Sądu. Zwabiony egzotyką miejsca i stosunkowo niskimi cenami, wszedłem do owego pobliskiego przybytku niesamowitości, po czym cudem powstrzymałem rzyg, który wezbrał we mnie na doświadczenie zapachu relaksującego kadzidełka, który przepełniał lokum. Zamówiłem zupę z mleczkiem kokosowym, trawą cytrynową, czymśtam i kurczakiem. Po otrzymaniu i skosztowaniu jejże poczułem niezmierne wzruszenie, jak również objawy zaawansowanej grypy, gdy zaniosłem się kaszlem, a moje kanaliki łzowe i nozdrza wypełniły się wydzieliną, składającą się z molekuł usiłujących opuścić moje palone żywcem ciało. Z lunchu wyszedłem odświeżony i rześki, lekko tylko pociągając nosem i pokurwiwując z uznaniem dla smakowitego posiłku.
Po moim powrocie do Kancelarii koleżanki z Sekretariatu przekazały mi wiadomość, iż inna koleżanka potrzebuje pomocy przy kserokopiarce. Będąc dobrym człowiekiem i uczynnym kolegą, pospieszyłem z uśmiechem w wyżej wskazane miejsce, aby odkryć, że pomieszczenie zajebane jest papierami, które trzeba posegregować, poukładać w komplety i pozszywać. Pierdolnąwszy się na podłodze, nieopodal Współpracowniczki, zacząłem nakurwiać, opracowując sprytny sposób z układaniem papierów od końca i namaczaniem palców w wilgotnej gąbce do mycia naczyń, aby łatwiej się chwytało, a wszystko to wzorem Pań pracujących w urzędach Pocztowych. Dodało mi to animuszu i wyglądu totalnego pojebca, czym się wszakże nie przejmowałem, bo robota szła szybko. Po trzech godzinach szybkiej roboty stwierdziłem, że mam to wszytko w dupie i porzuciłem stanowisko. Owo nihilistyczne zachowanie ułatwił mi fakt, że odjebałem 80% roboty, czym wykreowałem zupełnie nową definicję słowa "pomoc", zbliżającą się zakresowo do definicji frazeologizmu "dać się wychujać".
Po dokonaniu kilku dodatkowych zadań pobocznych, usiłowałem uczynić coś przy Komputerze. Okazało się jednak, że przy Komputerze niczego uczynić nie mogę. Wśród rzeczy, których nie mogłem uczynić, znajdowało się (1) zalogowanie na fejsbuka, (2) zalogowanie się na maila, (3) zalogowanie się do Strefy Klienta w Aster. Mój analityczny umysł szybko powiązał fakt takiego zachowania się serwisów internetowych z wczorajszą awarią komputera, w wyniku którego to powiązania powziąłem myśl, że padłem ofiarą złodziei danych osobowych i że moje życie straciło wszelką rację bytu. Jak się jednak okazało, po zmienieniu hasła na fejsbuku i kilkukrotnym zesraniu się w gacie, na moim laptopie, którego miałem przy sobie z racji zajęć na uczelni, wszystko działa w porządku, a tym, co nie działa, czy też raczej - działa wybiórczo, jest przeglądarka internetowa na moim Komputerze w Pracy. Tyle ulgi.
Korzystając z chwili wolnego czasu postanowiłem podzwonić jeszcze chwilę do Urzędu i do Pani Odpowiedzialnej za Zjebanie Mojego NIP-u, jednak dodzwonić się nie mogłem. Postanowiłem zatem ściągnąć z LEX-a wzór skargi na bezczynność organu administracji, lecz nie mogłem tego zrobić, bo akurat LEX się zepsuł. Wobec powyższych niepowodzeń, posapując i pokurwiwując, opuściłem przybytek pracy.
Droga do domu, którą miałem ruszyć w kierunku bezpiecznych stron, okazała się być całkowicie zajebaną samochodami, które w ogóle nie wydawały się jechać, z wyjątkiem karetek pogotowia i innych służb na kogutach, które poruszały się po torach tramwajowych w stronę mostu. Zdecydowałem się, dokonawszy tego spostrzeżenia, udać się w kierunku drogi alternatywnej, która w zamyśle pozwoliłaby mi na szybsze dostanie się do domu. Pomysł wypalił, aczkolwiek podróż przypłaciłem stratami moralnymi, kiedy nie bacząc na przeciwności wparowałem do zapchanego po brzegi autobusu. Po drodze towarzystwo miłych pasażerów w średnim wieku fundowało sobie małe LAN Party, usiłując podpiąć mi się do dupska różnymi elementami swojego wyposażenia. Kiedy cudem wysiadłem na przystanku docelowym pokurwiwałem już zupełnie bez ogródek, którą to czynność wzmogłem jeszcze w reakcji na pierwsze krople obszczywia, które zaczęło kapać mi na wymięte odzienie biurowe. Po szczęśliwym dotarciu do domu, w którym NIE BYŁO zamówionej przeze mnie przesyłki, która teoretycznie mogłaby stanowić jaśniejszy punkt dzisiejszego dnia, zamówiłem kubełek KFC, wobec którego przezornie nie miałem dużych oczekiwań. Przybył jednak punktualnie, a jego zawartość była ciepła i smaczna, wobec czego trochę mi się polepszyło.
Teraz zaś, tym pięknym popołudniem, mogę udać się na zasłużony BRAK odpoczynku, związany z koniecznością nauki do egzaminu z Unii.
Isnieje jeszcze szansa, że cały ten wysr, który klepię od pół godziny, nie zapisze się i na zbity chuj pójdzie cały wysiłek, ale to chyba byłaby już przesada.
Co nie?
11 komentarzy:
Symboliczne; mój ostatni komputer też umarł przy okazji sporządzania przeze mnie UE-notek.
Muciasku, a może by tak Ctrl+S co drugie zdanie?
lepiej jedź do urzędu po ten NIP, u mnie spóźniali się dwa miesiące, w końcu przy okazji zabrałam się do urzędu z tatą, wchodzę do pokoju Pań Od Tych Spraw, podaję nazwisko i cośtam jeszcze, one tipsami wyławiają moją kopertę ze stosu innych kopert i pytają z rozbrajającym uśmiechem: "to co, weźnie pani teraz, czy nadać jednak pocztom?"
witam !
moje gratulacje...
w zasadzie to chcialem ci podziekowac za ten text...
po raz pierwszy od 12 lat smialem sie...smialem sie szczerze i prawdziwie....powiem wiecej, nawet wzruszylem sie doglebnie...
pozdrawiam
To się nazywa złóśliwość przedmiotów martwych i jak każda złośliwość jest zawsze nie w porę...http://wiecznedzieci.blogspot.com/
No to sie nabroiło a przy okazji zapraszam do siebie http://x-plus.blogspot.com/2011/06/powodem-dlaczego-ludzie-nieustannie.html
Uśmiałam się do łez. Cholera.
sex shop
Po raz pierwszy spotkałam się z tekstem gdzie widać piękno języka polskiego w połączeniu z wulgaryzmami :) I przekonałam się, że istnieją ludzie, którzy przeklinają bo (chyba) lubią, a nie bo brakuje im zasobu słownictwa. Gratulacje.
Co kilka linijek walczyłam też z przemożną chęcią opuszczenia strony na zawsze i dziwną irracjonalną chęcią pozostania na dłużej. Post przetrwałam, czekam na więcej :)
Po prost zaje..fajnie. Tak powinno się prowadzić lekcje to by każde dziecko w szkole wsio zapamiętało. Ale spoko może do tego kiedyś dojdzie że nauka nie będzie nudnym obowiązkiem tylko pozytywnie nastawiającą frajdą. Zapraszam do siebie. Postanowiłem założyć bloga by motywować ludzi do pracy, by działanie przynosiło im frajdę a nie kojarzyło się ze stresem. pzdrawiam
Humor, przekleństwa i niebanalny styl literacki, który tak wciąga i smakuje jak pięknie usmażony stek (mmmm, medium rare, z wierzchu skorupka a w środku różowy i soczysty - poezja), w który aż chce się wgryźć i kosztować, i docenia się umiejętność kucharza, przepełniając się świadomością, iż samodzielna próba przygotowania takiego cudownego kawałka mięsa nie zaobfitowałaby w podobny sukces. Twój blog jest jak perełka pośród masy innych, nieudolnie napisanych i rozpaczliwie nudnych wypocin osób być może mniej wykształconych czy obdarzonych inteligencją, którym brakuje umiejętności posługiwania się językiem i słowem. Szkoda, że nie publikujesz częściej.
Bursa też przeklinał. I ja przeklinam, często i namiętnie - pomaga to ulżyć frustracji. Ludzie inteligentni są bardziej skłonni do rozpoznawania wszelkiego absurdu i niesprawiedliwości życia, świata, i tym samym więcej się wkurwiają, a wtedy przekleństwo służy zwyczajnie nazwaniu rzeczy po imieniu. And if the shoe fits... Pozdrawiam i czekam na więcej.
Prześlij komentarz