środa, 2 marca 2011

Chowam się

Pójdźcie dzieci, a wysłuchajcie mojej żałosnej historii.

Nastąpiła zmiana w moim wirtualnym żywocie. Tak jak za młodu, dziecięciem będąc poszukującym powszechnej atencji i akceptacji, wystawiałem ryj do świata w zachęcającym uśmiechu, tak teraz, w wieku starczym, zacząłem pomału wycofywać się z otwartych przestrzeni, przenosząc centrum swych zainteresowań i działalności do obszarów bardziej ograniczonych, najchętniej czterema ścianami z bezpieczną zasuwką we drzwiach. Tak też, powodowany ciekawością, jak również pewnym zabawnym doświadczeniem, w którym moje przedpotopowe zdjęcie ujawniało się jako pierwszy wynik w wyszukiwarce grafiki Google po wpisaniu frazy "za mało jesz" (!), wpisałem w Google swoje imię i nazwisko. No i okazało się, że jestem osobą publiczną na 10 stron wyników, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że coś jest nie tak.

Internet ukazał mi w pełni jak zdradliwym jest miejscem, czyhającym z nieukojonym apetytem na kolejne dane, które użytkownik o zapędach pedantycznych, taki jak ja, skrzętnie wpisuje w wyszczególnione pola. Oto więc poszukującemu mnie Internaucie ukazały się informacje z mojego aktualnego żywota, zapewnione przez serwis blip.pl, polski odpowiednik twittera, oraz twitter.com, amerykański serwis. Najświeższe doznania wizualne dostarczone zostały przez publiczne albumy Picasa Web Albums. Moje zainteresowania i hobby ujawniła poszukującemu Internaucie ogólnodostępna wizytówka profilowa z Facebooka oraz profil na Merlin.pl, gdzie napisałem recenzję pewnej płyty (którą 2/4 osoby uznały za pomocną!). Poza tym, pojawiłem się w profilach niektórych moich znajomych z Facebooka, zupełnie nie wiedzieć czemu. 

Kolejna grupa - śmieci rozmaite. Starodawny quasi-blog, który usiłowałem redagować w okresie fascynacji platformą jabber - niewiele z niego wyszło, nie umiem go też usunąć. Dla ciekawostki zamieszczam go tutaj do wglądu. ;) Dalej, konta na jakichś niszowych portalach społecznościowych, o których zapomniałem, bo uznałem korespondencję od nich za spam i już mnie fizycznie nie nękają, ale moje dane wciąż tam gdzieś się gnieździły. Boże jedyny, nawet jakieś "podpisy" które składałem w serwisie petycje.pl pojawiły się do wglądu! Nasza klasa. Jak się zalogowałem, to twórcy serwisu ułatwili mi sprawę, bo podsunięto mi pod nos stos regulaminów, które najwyraźniej zmieniły się w ciągu ostatnich czterech lat mojej niebytności na tej stronie, które skrzętnie odrzuciłem, co poskutkowało natychmiastowym usunięciem mojego konta. :) Jakieś wątki z grona. Nie sądziłem, że nawet to się wyświetli. 

Niewinni-czarodzieje.pl. Co tam się dzieje, to ja naprawdę nie pojmuję. Byłbym wdzięczny, gdyby się do tego odniesiono. Magdalena P. powołała się na mnie w prześmieszny sposób w swoim artykule o Afro Kolektywie. O tym wiem, bo się na to zgodziłem. Co się jednak zaczęło dziać potem, to przechodzi ludzkie pojęcie. Ktoś stwierdził, że nie wiem kim jestem, więc dlaczego ktokolwiek się na mnie powołuje. Potem, pod zgoła innym artykułem, z którym nie miałem już nic wspólnego, Helena Bonham-Carter stwierdziła w komentarzu, że czytałem Poetykę Arystotelesa w oryginale, czego nie dementuję. Co jeszcze się tam o mnie pisze, tego nie wiem. Nie wiem też dlaczego. Nie chcę być memem. ;(

Pewne moje autentyczne dokonania również znalazły się wśród wyników wyszukiwania. Artykuły, które pisałem do Sieci, wyniki wyborów samorządowych na moim wydziale, odnośniki do artykułów w gazecie wydziałowej. A nawet w gazetce szkolnej z czasów liceum!

Najgorsze są chyba, jak wynika z powyższej analizy, portale społecznościowe. Najwięcej informacji o Tobie udostępniają bez Twojej wiedzy. Jest jeszcze takie badziewie, które nazywa się 123people.pl, które zbiera sporo informacji o Tobie w jednym miejscu i udostępnia. Podobnie zachowuje się serwis Facewho.co.uk, który pokazuje Twoich znajomych na facebooku, a diabli wiedzą co jeszcze, nie wczytywałem się. Na pewno są jeszcze inne, im podobne mechanizmy, tylko nie znalazłem ich, bo nie wpisałem dotąd właściwego hasła do wyszukiwarki.

Siądźcie, dzieci, i pochylcie się nad tą smutną opowieścią, a i sprawdźcie, czy Wasze majtki nie powiewają wysoko na maszcie flagowym gdzieś na rozległych równinach Interneta.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Hej!

Lepiej jest mieć bardzo popularne imię i nazwisko (w sensie powtarzalności :), a nie popularności jednostki oczywiście), wtedy się znika w tłumie.

Jeżeli jest się rodzynkiem to rzecz jasna jest się narażonym na wysokie indeksowanie. Szczególnie jeżeli korzysta się z usług blogowych samego Google ;)

Ja np. z hasłem reklamowym mojego periodyka (###_*.dpp) trafiłem w niszę. Występującego tam słowa mezochronizm/mezochroniczny nie da się odnaleźć prawie nigdzie indziej :)...

Automaty Na Prawdziwe Pieniądze pisze...

dobrze powiedziane ;)